Minął już rok od mojego ''wziemiowzięcia''. Od tego ważnego dnia czas wydaje się dłużyć. Dzisiaj mamy Święto Niepodległości Polski. Nasz kraj w latach ‘08/09 dla mnie i innych mi podobnych nie wyglądał na demokratyczny tak więc i dziś wstrzymam się z entuzjazmem.
Po zaledwie dwóch/trzech tygodniach zapoznania się z warunkami panującymi na lubelskiej jednostce wojskowej rozpoczęto z nami trening przygotowujący do wyprawy na strzelnicę. Trzy plutony zaprowadzono z karabinami niedaleko parku BWPów, na otwartą przestrzeń. Szkolenie opierało się na wydawaniu rozkazów przez przełożonych i zajmowaniu pozycji do strzelania. Jak na chłodny listopad, leżenie w trawie i wstawania (oczywiście w odpowiedni sposób) tylko po to, aby powrotem zająć pozycję leżącą było dość uciążliwe, nie wspominając o złożoności całego procesu. Szereg poleceń był tak nie zrozumiały, że po pierwszym razem większość tylko pamiętała jak przeładowywać broń i aby mierzyć w stronę tarczy strzelniczej :) Kolejne wypady z czasem oswajały nas z tymi zasadami. Jakby nie patrzeć, trochę irytujące, ale chodzi o nasze bezpieczeństwo.
Przyszedł czas na pierwsze strzelanie. Na sam początek ''mniej szkodliwe'' wiatrówki – marzliśmy i uczyliśmy się obsługi kałacha, aby ostatecznie strzelać z wiatrówki… - oraz wyprowiantowanie, czyli przyznano porcje żywnościowe w postaci podejrzanych puszek pod zastaw posiłków ze stołówki, których nie zjedliśmy. Do dyspozycji mieliśmy autobus z kierowcą, który wyprzedzał wszystko co widział na drodze. W czasie drogi, zatrzymaliśmy się w jednostce wojskowej w Chełmie (jakieś 80km od Lublina), aby zabrać kilka wiatrówek i amunicję. Następnie kilkanaście kilometrów jazdy na strzelnicę w miejscowości Serebryszcze. Gdy dotarliśmy na miejsce, przed naszymi oczami pojawiło się kilka stanowisk i jedna wieżyczka kontrolna z flagą na górze, której kolor decydował o zezwoleniu na strzelanie. Na otwartej przestrzeni wiał silny, zanim przyszła nasza kolej na strzelanie, zamarznięte palce powoli utrudniały korzystanie z broni. Pamiętam, że przydzielono mnie do feralnego stanowiska nr. 7 gdzie koledze przede mną wiatrówka lekko oparta o podpórkę sama wystrzeliła. Dostaliśmy chyba po 3 sztuki amunicji, a ruchome cele znajdowały się w odległości 50 metrów od nas. Leżenie z bronią wymierzoną w dal sprawia wiele trudności – CoD czy Medal of Honor zderzając się z rzeczywistością to zabawa dla dzieci. Po pierwsze, przynajmniej w moim przypadku, kolba była tak długa, że samo celowanie było niewygodne. Wszyscy mieli problemy ze znalezieniem celu, wydaje się że to tylko 50 metrów, a mimo wszystko figura była niezauważalna. Siła wiatrówki była mała, w barku czuło się jedynie słabe szturchnięcie. Jak w przypadku poprzednika, także i mi broń raz sama wystrzeliła. Dowódcy postanowili dać jeszcze jedną turę dla osób strzelających z siódmego stanowiska. Później we własnym gronie śmialiśmy się, że strzelaliśmy byle gdzie. Koniec strzelania wiązał się jeszcze z jedną regułą. Dowódcy zbierali od nas łuski, w tym przypadku każdy musiał zdać trzy. Przepis ten wprowadzono dlatego, aby nie przyszło nam do głowy zostawić sobie ''pamiątkę z wojska''. Zatrzymywanie m.in. takich przedmiotów jest karane pozbawieniem wolności. Podczas odbywania służby słyszałem historię jak ''życzliwy'' sąsiad zadzwonił po żandarmerię, że pewien pan ma w domu łuski po czołgu (doniczki z nich zrobił czy coś) – prawdopodobnie go wsadzono więc jeśli czytają ten wpis fani militaryzmu niech uważają :) Na koniec wyczytano oceny w skali 2-5. Tylko kilka osób miało najwyższy stopień, ja uprasowałem się z wszechobecną trójką. Następnym razem będzie lepiej.
Po zaledwie dwóch/trzech tygodniach zapoznania się z warunkami panującymi na lubelskiej jednostce wojskowej rozpoczęto z nami trening przygotowujący do wyprawy na strzelnicę. Trzy plutony zaprowadzono z karabinami niedaleko parku BWPów, na otwartą przestrzeń. Szkolenie opierało się na wydawaniu rozkazów przez przełożonych i zajmowaniu pozycji do strzelania. Jak na chłodny listopad, leżenie w trawie i wstawania (oczywiście w odpowiedni sposób) tylko po to, aby powrotem zająć pozycję leżącą było dość uciążliwe, nie wspominając o złożoności całego procesu. Szereg poleceń był tak nie zrozumiały, że po pierwszym razem większość tylko pamiętała jak przeładowywać broń i aby mierzyć w stronę tarczy strzelniczej :) Kolejne wypady z czasem oswajały nas z tymi zasadami. Jakby nie patrzeć, trochę irytujące, ale chodzi o nasze bezpieczeństwo.
Przyszedł czas na pierwsze strzelanie. Na sam początek ''mniej szkodliwe'' wiatrówki – marzliśmy i uczyliśmy się obsługi kałacha, aby ostatecznie strzelać z wiatrówki… - oraz wyprowiantowanie, czyli przyznano porcje żywnościowe w postaci podejrzanych puszek pod zastaw posiłków ze stołówki, których nie zjedliśmy. Do dyspozycji mieliśmy autobus z kierowcą, który wyprzedzał wszystko co widział na drodze. W czasie drogi, zatrzymaliśmy się w jednostce wojskowej w Chełmie (jakieś 80km od Lublina), aby zabrać kilka wiatrówek i amunicję. Następnie kilkanaście kilometrów jazdy na strzelnicę w miejscowości Serebryszcze. Gdy dotarliśmy na miejsce, przed naszymi oczami pojawiło się kilka stanowisk i jedna wieżyczka kontrolna z flagą na górze, której kolor decydował o zezwoleniu na strzelanie. Na otwartej przestrzeni wiał silny, zanim przyszła nasza kolej na strzelanie, zamarznięte palce powoli utrudniały korzystanie z broni. Pamiętam, że przydzielono mnie do feralnego stanowiska nr. 7 gdzie koledze przede mną wiatrówka lekko oparta o podpórkę sama wystrzeliła. Dostaliśmy chyba po 3 sztuki amunicji, a ruchome cele znajdowały się w odległości 50 metrów od nas. Leżenie z bronią wymierzoną w dal sprawia wiele trudności – CoD czy Medal of Honor zderzając się z rzeczywistością to zabawa dla dzieci. Po pierwsze, przynajmniej w moim przypadku, kolba była tak długa, że samo celowanie było niewygodne. Wszyscy mieli problemy ze znalezieniem celu, wydaje się że to tylko 50 metrów, a mimo wszystko figura była niezauważalna. Siła wiatrówki była mała, w barku czuło się jedynie słabe szturchnięcie. Jak w przypadku poprzednika, także i mi broń raz sama wystrzeliła. Dowódcy postanowili dać jeszcze jedną turę dla osób strzelających z siódmego stanowiska. Później we własnym gronie śmialiśmy się, że strzelaliśmy byle gdzie. Koniec strzelania wiązał się jeszcze z jedną regułą. Dowódcy zbierali od nas łuski, w tym przypadku każdy musiał zdać trzy. Przepis ten wprowadzono dlatego, aby nie przyszło nam do głowy zostawić sobie ''pamiątkę z wojska''. Zatrzymywanie m.in. takich przedmiotów jest karane pozbawieniem wolności. Podczas odbywania służby słyszałem historię jak ''życzliwy'' sąsiad zadzwonił po żandarmerię, że pewien pan ma w domu łuski po czołgu (doniczki z nich zrobił czy coś) – prawdopodobnie go wsadzono więc jeśli czytają ten wpis fani militaryzmu niech uważają :) Na koniec wyczytano oceny w skali 2-5. Tylko kilka osób miało najwyższy stopień, ja uprasowałem się z wszechobecną trójką. Następnym razem będzie lepiej.



