Biuletyn

    Archiwum

    Patriotyzm

    Wstaję nad rankiem, siadam przy komputerze i sprawdzam godzinę odjazdu autobusu przejeżdżającego obok RCKiK w Lublinie. Jesienna pogoda, 8:25, czekam na przystanku. Po drodze mijam jednostkę wojskową i widzę właśnie wyjeżdżającą z niej furgonetkę Żandarmerii Wojskowej. Za plecami słyszę rozmowę dwóch młodych dziewczyn (zapewne jadących do szkoły) - patrz! Czerwone berety! Czuję, że mój dzienny poziom irytacji właśnie osiągnął swój limit…

    Prawdopodobnie co najmniej raz w życiu zastanawiałeś/-aś się czym jest tak w ogóle patriotyzm: Cnotą, o której polscy politycy zdają się pamiętać jedynie przy zbliżającej się kampanii wyborczej? Balastem dawnych pokoleń obciążającym naszą generację kosmopolitów? Może archaizmem? Czy w XXI wieku, w czasie pokoju i integracji europejskiej potrzebujemy młodych patriotów?

    Wśród młodego, polskiego społeczeństwa (do którego jeszcze należę) widać coraz mniejsze zainteresowanie sprawami kraju. Dziś skowyt niezadowolenia obywateli słyszę w przeróżnych manifestacjach, powody są naprawdę różne; za małe płace, za duża rola mężczyzn w polityce. Inni ''użytkownicy'' państwa wolą pisać swoje puste monologi jak dosyć głośny o ''Pokoleniu nic'' autorstwa zakompleksionej Marty Megger. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że taką postawę na co dzień widzę coraz częściej w polskich nastolatkach. Jedna z moich licealnych koleżanek powiedziała - Polska jest do dupy, żadnych perspektyw, bo ukończeniu szkoły wyjeżdżam za granicę. Niektóre osoby usprawiedliwiają się, że są obywatelami całego świata. Odpowiem - Gówno prawda, jesteśmy nastawieni jedynie na własny interes, uciekamy od problemów, mamy gdzieś świat.., przynajmniej większość z nas.

    Moje pokolenie przyszło na świat już w demokratycznym państwie, pełnym swobód i praw obywatelskich. Te przywileje, o których nasi przodkowie powojennej Polski mogli jedynie marzyć, są przez nas źle interpretowane. Bierze się to poniekąd z niewiedzy młodego społeczeństwa. Przynależność do kraju wiąże się także z obowiązkami. Patriotyzm w obecnych czasach uważam za ciągle potrzebny. Bynajmniej nie mówię tutaj o przelewaniu krwi w krajach, z których importujemy banany oraz malowaniu sobie twarzy barwami narodowymi. Przez ostatni rok moje nastawienie do koncepcji państwa uległo zmianom. Uważam, że to ludzie w nim zamieszkujący je tworzą. Bezinteresowne czyny na rzecz reszty społeczeństwa połączonego kulturą nazywam mianem współczesnego patriotyzmu. Objawia się on między innymi w płaceniu podatków, poszanowaniu mienia publicznego czy chociażby oddaniu krwi. Doskonalenie własnej osoby również jest rodzajem budowania silnej Polski, najważniejsze aby nie zapomnieć o swojej tożsamości narodowej.

    W wypełnionym ludźmi szpitalu, łącznie ze mną było jedynie pięć osób do oddania krwi. Zapłacono mi za coś co robiłem bezinteresownie. Osiem czekolad, równowartość 16 złotych – tyle według niektórych osób kosztuje ludzkie życie. Sarkazm.

    Kiedy świnia ujrzała niebo...

    Dużymi krokami zbliża się dzień przysięgi. Słońce zachodzi coraz wcześniej, a musztra odbywa się już w ciemnościach. Na szczęście dowódca w takich warunkach nie wykryje osoby odstającej krokiem. Natomiast pod względem odpowiedzialności zbiorowej nie ma to najmniejszego znaczenia, nierówny krok wiązał się z okrążeniami wokół placu apelowego całego plutonu, oczywiście w grubych bechatkach i z bronią. Mimo wszystko (nie tylko) moje samopoczucie rosło wraz z coraz to lepszymi historiami kolegów;

    Normalny dzień i chwila odpoczynku. Po korytarzu kręcił się Plutonowy znany z zamiłowania do myślistwa. Bez powodu zaczął po salach biegać z lornetką, w pewnym momencie przyszła kolej na nasz pokój, jak zwykle wszyscy leżeli. Widok Kaprala przyprawiał dreszcze, a tutaj wbiegł do izby żołnierskiej człowiek z czterema belkami na pagonie – wszyscy natychmiast wstaliśmy, a potem w myślach zastanawialiśmy się co to za stopień (grunt aby nie wypowiedzieć niższej rangi – kadra jest na tym punkcie przewrażliwiona ^^). Plutonowy nie wydawał się nami zainteresowany i podbiegł do okno. W między czasie nam powiedział, że jastrzębia widzi. Nie zdziwił mnie ten fakt, w końcu plac apelowy potrafiło kilka bażantów przebiec. Tak… często je widziano. Potem Plutonowy zwierzył się, że w pobliskim lasku spotkał nawet borsuka^^ Mocno żałował, że nie miał wiatrówki. Termit włączył się do dyskusji i opowiadał mu sposoby łapania kaczek^^ Tym oto sposobem nasza drużyna została polubiona.

    W ciągu dnia mieliśmy czasami też czas, aby pogadać w swoim gronie. Ksiądz w pewnej dziedzinie życia nas porażał. Wiedzieliśmy, że ma narzeczoną (co tydzień podrzucał jej bieliznę do prania) w ciąży. Owe dziecko było powodem naszych żartów. Pewnie dziewczyna mu się puściła i wpadła, a potem znalazła jelenia – mówiliśmy. Innym razem chwalił się swoimi upodobaniami seksualnymi i opowiadał jakie najbardziej lubi pornole xD Kamyk uświadomił dewianta, że ściąganie z torrentów plików jest nielegalne. Spytaliśmy się ile on tego ma na dysku. 200 Gb – odparł, sala w śmiech. Na twarzy księdza wyrył się strach. Szybko sięgnął po telefon, po chwili rozmowa – Cześć kochanie, wiesz usuń te filmy z dysku bardzo szybko bo się okazało, że nielegalne, no pa… W takich momentów wystarczyło rozejrzeć się po kolegach, aby wszyscy wybuchli śmiechem, słów nie potrzeba.

    Pewnej nocy po ogłoszonym capstrzyku Ducho nie mógł zasnąć. Wielki zwolennik teorii spiskowych zaczął rozmawiać z Jurandem o telepatii, możliwościach ludzkich i tematach rodem z Archiwum X. Odezwał się do nas co to leci za oknem. Nagle jego entuzjazm rósł – Ich jest więcej! Po chwili stwierdził, że coś na ciemnym niebie leci w grupie i to nie samoloty. Drużyna (oprócz mnie i Juranda) zerwała się z łóżek i pobiegła do okna przywitać przybyszy z odległych planet. Eeee to tylko gwiazdy – stwierdził jeden, wszyscy poszli spać.

    Poranny apel na placu. Szef Kompanii (Chorąży, który wydawał nam na początku wyposażenie), po przeczytaniu rozkazów zaczął omawiać niepokojące sprawy. Pierwszą z nich były wyczerpane zapasy papieru toaletowego. To co MON wydał na tydzień, starczyło raptem na dwa dni. Mówi się, że gdzie zaczyna się wojsko, kończy się logika. Po następnie omówionej sprawie mam wrażenie, że także zasady fizyki zostały złamane. Wydarzenie miało miejsce w toalecie. Dla nas, śmiertelników, były przeznaczone tak zwane ''małysze'', kadra miała kabinę zamykaną na klucz z normalną muszlą. Ktoś spróbował zakazanego owocu. W kabinie woda nie została spuszczona, a na ścianie widniały czarne ślady gumy z opinaczy. Kto był takim desperatem, żeby dostać się do tej kabiny? Kolejna nierozwiązywalna zagadka z wojska.

    Na dworze było już ciemno, zbliżała się pora kolacji. Sierżant zatrzymał kolumnę ćwiczącą musztrę gdy usłyszał nierówny krok, wykrył sprawcę. Wedy zew swoim zabójczym, komunistycznym wzrokiem wydarł się do żołnierza - Kiedy świnia widzi niebo?! Ze środka kolumny dało się usłyszeć dydaktyczny głos Termita – Przez dziurawy dach. Sierżant najpierw nam odpowiedział – Kiedy ją zarzynają! – a potem spytał się kto to powiedział. Nastąpiła cisza. Po takim okresie pluton, jeszcze się dobrze nie znając, był solidarny i nikt by nikogo nie wydał. Termita jednak ruszyło sumienie i się zgłosił na własną odpowiedzialność. Za błędną odpowiedź dostał cztery okrążenia wokół placu apelowego kary. Przyznam, że ma zdrowie :)

    Chwile zmęczenia co jakiś czas przerywały inne, zabawne gagi. Wraz ze zbliżającym się końcem miesiąca czekała nas duża zmiana. O gościach oraz ''szczurowni'' innym razem…

    Strzelnica w Serebryszczach

    Minął już rok od mojego ''wziemiowzięcia''. Od tego ważnego dnia czas wydaje się dłużyć. Dzisiaj mamy Święto Niepodległości Polski. Nasz kraj w latach ‘08/09 dla mnie i innych mi podobnych nie wyglądał na demokratyczny tak więc i dziś wstrzymam się z entuzjazmem.

    Po zaledwie dwóch/trzech tygodniach zapoznania się z warunkami panującymi na lubelskiej jednostce wojskowej rozpoczęto z nami trening przygotowujący do wyprawy na strzelnicę. Trzy plutony zaprowadzono z karabinami niedaleko parku BWPów, na otwartą przestrzeń. Szkolenie opierało się na wydawaniu rozkazów przez przełożonych i zajmowaniu pozycji do strzelania. Jak na chłodny listopad, leżenie w trawie i wstawania (oczywiście w odpowiedni sposób) tylko po to, aby powrotem zająć pozycję leżącą było dość uciążliwe, nie wspominając o złożoności całego procesu. Szereg poleceń był tak nie zrozumiały, że po pierwszym razem większość tylko pamiętała jak przeładowywać broń i aby mierzyć w stronę tarczy strzelniczej :) Kolejne wypady z czasem oswajały nas z tymi zasadami. Jakby nie patrzeć, trochę irytujące, ale chodzi o nasze bezpieczeństwo.

    Przyszedł czas na pierwsze strzelanie. Na sam początek ''mniej szkodliwe'' wiatrówki – marzliśmy i uczyliśmy się obsługi kałacha, aby ostatecznie strzelać z wiatrówki… - oraz wyprowiantowanie, czyli przyznano porcje żywnościowe w postaci podejrzanych puszek pod zastaw posiłków ze stołówki, których nie zjedliśmy. Do dyspozycji mieliśmy autobus z kierowcą, który wyprzedzał wszystko co widział na drodze. W czasie drogi, zatrzymaliśmy się w jednostce wojskowej w Chełmie (jakieś 80km od Lublina), aby zabrać kilka wiatrówek i amunicję. Następnie kilkanaście kilometrów jazdy na strzelnicę w miejscowości Serebryszcze. Gdy dotarliśmy na miejsce, przed naszymi oczami pojawiło się kilka stanowisk i jedna wieżyczka kontrolna z flagą na górze, której kolor decydował o zezwoleniu na strzelanie. Na otwartej przestrzeni wiał silny, zanim przyszła nasza kolej na strzelanie, zamarznięte palce powoli utrudniały korzystanie z broni. Pamiętam, że przydzielono mnie do feralnego stanowiska nr. 7 gdzie koledze przede mną wiatrówka lekko oparta o podpórkę sama wystrzeliła. Dostaliśmy chyba po 3 sztuki amunicji, a ruchome cele znajdowały się w odległości 50 metrów od nas. Leżenie z bronią wymierzoną w dal sprawia wiele trudności – CoD czy Medal of Honor zderzając się z rzeczywistością to zabawa dla dzieci. Po pierwsze, przynajmniej w moim przypadku, kolba była tak długa, że samo celowanie było niewygodne. Wszyscy mieli problemy ze znalezieniem celu, wydaje się że to tylko 50 metrów, a mimo wszystko figura była niezauważalna. Siła wiatrówki była mała, w barku czuło się jedynie słabe szturchnięcie. Jak w przypadku poprzednika, także i mi broń raz sama wystrzeliła. Dowódcy postanowili dać jeszcze jedną turę dla osób strzelających z siódmego stanowiska. Później we własnym gronie śmialiśmy się, że strzelaliśmy byle gdzie. Koniec strzelania wiązał się jeszcze z jedną regułą. Dowódcy zbierali od nas łuski, w tym przypadku każdy musiał zdać trzy. Przepis ten wprowadzono dlatego, aby nie przyszło nam do głowy zostawić sobie ''pamiątkę z wojska''. Zatrzymywanie m.in. takich przedmiotów jest karane pozbawieniem wolności. Podczas odbywania służby słyszałem historię jak ''życzliwy'' sąsiad zadzwonił po żandarmerię, że pewien pan ma w domu łuski po czołgu (doniczki z nich zrobił czy coś) – prawdopodobnie go wsadzono więc jeśli czytają ten wpis fani militaryzmu niech uważają :) Na koniec wyczytano oceny w skali 2-5. Tylko kilka osób miało najwyższy stopień, ja uprasowałem się z wszechobecną trójką. Następnym razem będzie lepiej.

    Vampire Hunter D: Bloodlust

    Od długiego czasu, liczonego w latach, skrzętnie omijałem ten tytuł. Uwarunkowane było to moimi gustami, prawdę mówiąc obecna moda na elementy wampiryzmu i demonologii w sztuce nie jest już równie dobra jak kiedyś. Spotkałem się z kilkoma pozycjami o omawianej przeze mnie tematyce i nie robiły one na mnie większego wrażenia. Szczerze, były pełne kiczu i banalności i właśnie te doświadczenia sugerują mi, aby nie tracić czasu na ten rodzaj anime. Na całą sytuacją nakłada się również niemożność znalezienia ostatnio niezwykłego tytułu jak chociażby 5 Centimeters per Second, Ghost In the Shell. Mimo to staram się odstawiać na bok moje uprzedzenia. Największy wkład w obejrzeniu tego tytułu miała moja dziewczyna, której z góry muszę podziękować za podanie AMV. Uzmysłowiłem sobie, że kompozycja graficzna filmu przedstawia się bardzo interesująco. Nie mam powodów do żalu. Vampire Hunter D: Bloodlust uważam za najlepsze w swoim gatunku. Epicka opowieść o zakazanej miłości trzymająca widza w napięciu do ostatnich chwil. Zapraszam do przeczytania mojej recenzji.

    Historia filmu toczy się w niedalekiej przyszłości, w świecie w którym rasa wampirów stoi na skraju upadku. W większości przypadków są to zubożałe istoty, żyjące wspomnieniami o dawnych, pełnych majestatu arystokratycznych przodkach. Jeden z ostatnich, Meier Link, przybywa pod osłoną nocy do miasteczka i porywa ludzką dziewczynę – Charlottę Elbourne. Zrozpaczony ojciec posyła po słynnego łowcę, aby ten sprowadził ją bezpiecznie do domu. Tropem upiornego Casanovy wyruszają również inni myśliwi, równie znani i szanowani bracia Marcus. Z Borgoff’em na czele, Grove, Kyle, Nolt oraz adoptowana przez rodzinę, mająca uraz do wampirów Leila postanawiają zamordować Meier’a. W trakcie biegu wydarzeń poszukiwacze odkrywają prawdę mentalnie nie do przyjęcia przez ludzi – Charlotte i jej oprawca są kochankami. D, będący owocem tragicznej miłości wampira z ludzką kobietą będzie musiał stanąć przed trudnym wyborem – szeptem serca, a obowiązkiem jaki podpowiada mu wyrachowana, oparta na doświadczeniach logika. Czy w tym przypadku miłość będzie na tyle silna aby oprzeć się przeciwnościom losu, żądzy krwi?

    Bloodlust (ang. żądza krwi) z 2000 roku jest drugą odsłoną opowiadającą o przygodach Łowcy Wampirów, D. Od tego czasu poczyniono ogromne postępy. W przeciwieństwie to pierwszej wersji (z 1985 roku) recenzowana pozycja była tworzona przez studio MADHouse, znane z takich hitów jak Death Note, Animatrix, Toki Wo Kakeru Shoujo czy Texhnolyze. Jak widać po wcześniej przytoczonych tytułach studio dobrze sprawdza się zarówno w gatunkach fantasy, sci-fi, a nawet Slice of Life. Osobiście bardzo sobie szanuję ich działalność, uważam, że sam Disney może się od nich uczyć. Wracając do prequelu, anime przede wszystkim odstrasza swoją oprawą graficzną, która prawdę mówiąc, jest mało interesująca. Podobne odczucia możemy mieć do designu postaci, zwłaszcza upiorów i innych stworzeń przypominających popromienne mutanty ze skrzydłami i ogonami. Jednak samą fabułę uważam ze przyzwoitą. Gwoli wyjaśnienia, mała miejscowość terroryzowana przez upiory, demony, strzygi, główna bohaterka - Doris Rumm - zostaje ukąszona przez potężnego hrabiego Magnusa Lee i tym samym wybrana przez niego na kochankę. Zdesperowana kobieta wyklęta przez osadników wynajmuje Łowcę Wampirów D, aby zdążył przeszkodzić złym intencjom hrabiego zanim proces przemiany w wampirzycę się dopełni. Przejdźmy do analizy sequelu Vampire Hunter D.

    W filmie na każdym kroku towarzyszy nam wyjątkowy, melancholijny nastrój. Wykreowany alternatywny, post apokaliptyczny świat (połączenie technologii upadłej, zaawansowanej cywilizacji z klimatami Dzikiego Zachodu) bardzo przypomina mi ten przedstawiony w opowiadaniu S. Kinga pt. Mroczna Wieża. Główny bohater książki – rewolwerowiec – w pewnych okolicznościach przypomina postać Łowcy Wampirów. D jest postacią, który może wprowadzić odbiorcę w pewne zakłopotanie. Jest bohaterem tytułowym, to fakt. Zapewne jest także jedną z głównych postaci, ale czy najważniejszą? Uważam go za pewnego rodzaju symbol dawnych ideałów i wzorców (jak się dowiadujemy z poprzedniego filmu, jest spokrewniony ze słynnym hrabią Drakulą), tęsknoty za czasami świetności. W kompozycję filmu wpleciony jest znany zapewne większości motyw Panta rei (gr. wszystko płynie) wypowiedziany przez Heraklita z Efezu mający zobrazować głoszone przez niego koncepcją. Trudno się z nim nie zgodzić. Czas jest względny tak nie możemy uznać jakiegokolwiek zjawiska i przedmiotu za stały. Upływ czasu i zmiany nim wywołane stają się widoczne jedynie z dystansu obejmując swoją uwagą dłuższy przedział z osi. Słuszności tej zasady dowodzi Leila, której życie możemy uznać za rwącą rzekę czasu, nieustannie zmieniającą swój bieg. Poznajemy ją jako upartą kobietę, która przez trudne dzieciństwo odwróciła się od świata. Bez chęci życia, utraciła swój sens nie wierząc już w to, że dożyje chwili gdy założy własną rodzinę. Wtedy dwójka złożyła sobie obietnicę – gdy któreś z nich umrze, druga osoba złoży na jego grobie kwiaty. Wracają powrotem do kontynuowania pościgu za Meierem. Gdy coś się kończy, coś się zaczyna. W końcowej scenie filmu na wzgórzu widzimy D gdzie odbywa się uroczystość pogrzebowa. Mała dziewczynka widząc stojącego na uboczu i oglądającego ceremonię mężczyznę podbiegła do i zadała wszystko mówiące pytanie – Znał pan moją babcię? D odpowiedział twierdzająco, że to jego przyjaciółka. Oczywiście umarłą staruszką była Leila, która akceptując zasady rządzące światem godzi się z przeszłością, dożywając późnej starości u boku ukochanych. Wieczna młodość D jest jego przekleństwem. Był on świadkiem upadania i powstawania cywilizacji, śmierci bliskich osób, które muszą się poddać naturze. Ta zdolność skazuje go na samotność, jednocześnie pozwala na kontemplowanie złożoności świata i praw w nim rządzących jako obserwator. D jest zaprzeczeniem wszystkich obowiązujących norm, manifestacją wobec nietrwałości wszechrzeczy. Jednocześnie akceptuje te zasady i w każdym momencie swego życia obserwuje ten dynamiczny mechanizm. Meier Link jest romantykiem, o buntowniczym nastawieniu do porządku świata i norm społecznych, które nie uznają związku wampira z człowiekiem. W jednej z pierwszych scen kiedy wkrada się do pokoju Charlotty i ją uprowadza, bukiet róż znajdujący się przy oknie więdnie, para kochanków złamała tabu. Łowca Wampirów ścigając winnych miłości dostrzega tlący się w nich płomień determinacji oraz walkę z przeszkodami stojącymi na drodze ku ich szczęściu. D prawdopodobnie ta sytuacja zmusza do głębszych przemyśleń nad własną egzystencją, pojawia się w nim cicha nadzieja. W zależności od tego czy wiecznie młody empiryk uwierzy w trwałość uczuć Charlotty i Meiera, sprowadzi to na bohaterów ratunek bądź destrukcję.

    Pod względem oprawy graficznej film oferuje widzowi wyszukaną, dynamiczną kreskę. Szczegóły otoczenia, mistycznych stworzeń jak i postaci stoją na wysokim poziomie ukazując najdrobniejsze zmiany w ich mimice i aktualnym stanie psychicznym. Umiejętnie pokazano na twarzach bohaterów uczucia, które targają nimi podczas biegu wydarzeń sprawiając, że ich wszechobecny realizm daje odbiorcy poczucie estetyki. Rzadko spotykana gra świateł. Zagłębianie się w te wszystkie detale przy przystępnej fabule nie wprowadza jednak w rozkojarzenie, a sprawia jedynie przyjemność. Bogata paleta zimnych, pastelowych barw, przypomina mi starsze produkcje, jednak w żadnym stopniu nie obniża do wartości anime, gdyż operowane w nim kolory są stonowane, dobrane z rozmysłem, poniekąd wyglądające jakbyśmy mieli do czynienia z ruchomym obrazem, a nie typową oprawną anime. Bardzo sobie cenię w ambitnych tytułach powściągliwość i minimalizm w używaniu efektów wizualnych, aby nie przysłoniły one sensu merytorycznego anime. Dotyczy to również zabiegów, zasługujących moim zdaniem na miano kiczu, które brutalnie i nachalnie mają wprowadzić widzów w poczucie współczucia. Mowa o tak nieumiejętnym przedstawieniu płaczu, gdzie w większości popularnych anime łzy tryskają strumieniami bez opamiętania. Nie muszę wyjaśniać, że tego typu sytuacji nie znajdziemy w filmie, nie nazywałbym bym go wtedy ambitnym.

    Design zaprojektowanych postaci jest gustowny oraz niezwykle oryginalny. Moją uwagę w szczególności przykuł sposób metamorfozy w wilkołaka. Również pozostali przeciwnicy Łowcy Wampirów otrzymali niezwykłe wizerunki, wprowadzając swoim egzotycznym wyglądem tajemnicę i poszerzając tym samym granice rozbudowanego, nieodgadnionego świata, z którym się zderzamy. Podczas podróży przez pustynię napotykamy na tak niezwykłe zwierzęta jak latające, gigantyczne manty. Sam tytułowy Łowca zasługuje na laury. W prawdzie schemat jego osoby jako wampira jest tradycjonalny – tajemnicza postać o wielkiej mocy oraz zagmatwanej przeszłości odziana w długi stary płaszcz. Na tym podobieństwa się kończą, szatyn o śnieżnej cerze z długimi falowanymi włosami. Fryzury, kolejny na pozór nieważny element w zestawieniu z innymi przejawami zachowania detali tworzy iście artystyczną kompozycję. Studio MADHouse zasłużyło sobie swoją pracą na duży plus. Design bohaterów jasno nawiązuje do ich stylu jednak nie możemy porównać bohaterów filmu do żadnego innego z dorobku studia. Niektórzy twórcy nie zwracają na to uwagi, przykładowo filmy M. Oshii’ego (Ghost in the Shell, The Sky Crawlers), najbardziej jednak z tych zaniechań znane są produkcje Ghibli, gdzie postacie poszczególnych tytułów różnią się jedynie strojem i długością włosów. Tak jak w życiu powojennej Japonii, widzimy zestawienie klasycznych, pełnych finezji sukni z tekstylnymi, współczesnymi uniformami. Tego rodzaju kontrast, a zarówno przedstawienie harmonii tradycji z modernizmem jest typowy dla anime post-apokaliptycznych. Oprócz tak typowej dla tytułów science fiction różnorodności broni, innowacyjność w technice jest również inspirowana naturą. Przykładem są mechaniczne konie wykorzystywane powszechnie do transportu. Obok nich ludzie wykorzystują od wyjątkowo zaprojektowanych motorów, karet, po ciężkie, opancerzone czołgi. Nieprzewidywalny, alternatywny świat pozostawia w odbiorcy uczucie, że w każdym momencie może się on spodziewać dosłownie wszystkiego.

    Całokształt ścieżki dźwiękowej oceniam pozytywnie. Scenom bitew towarzyszy głównie muzyka klasyczna bez faworyzowania konkretnych barw dźwięku. W filmie usłyszymy zarówno instrumenty dęte, smyczkowe jak i fortepiany i bębny. Nie obejdzie się także bez chórków. Muzyka jest utrzymana w patetycznej formie. Po głębszym wsłuchaniu się w nią nabiera mrocznego, zagadkowego klimatu. Uważam, że nie zaryzykuję stwierdzeniem jeśli porównam ją do muzyki liturgicznej. Wiele dialogów zostało pozbawionych linii melodycznej, aby pozwolić odbiorcy poświęcić się analizie wypowiadanych przez bohaterów kwestii. Cisza ma również pozbawić słuchacza funkcji poznawczej. Muzyka do nas przemawia, narastające tempo bitów sugeruje nam o zbliżającym się punkcie kulminacyjnym, a zatem możemy się spodziewać końca walki, dramatycznej sytuacji bądź ważnego momentu w fabule filmu. Linia żywa i radosna zwiastuje nam spokój, natomiast balans ciszy z cichymi tonami sprowadza na nas niepokój i narastający, uzasadniony lęk. Twórcy filmu dobrze manipulując zmysłem słuchu potrafią postawić odbiorcę w zmożonej czujności pełnej obaw, albo grając na ludzkich uczuciach wywołać żal lub smutek. Pod względem stopnia prekursorstwa oprawa dźwiękowa jest charakterystyczna do pozostałych anime z kanonu dark fantasy o elementach wampiryzmu oraz symbolizmu.

    Miłośnicy wampirów oraz zjawisk nadprzyrodzonych będą tą pozycją uwiedzeni. Osobiście Vampire Hunter D: Bloodlust jest dla mnie jednym z najlepszych anime jakie oglądałem, idealną pozycją, której długo oczekiwałem. Uważam go za film ambitny z dużym potencjałem, który zadowoli nawet najbardziej wymagającego odbiorcę. Treści weń zawarte są ponadczasowe, ukazane w przystępny sposób. Film o zakazanym uczuciu, akceptacji i szacunku do życia. Pomimo mijających tygodni od jego obejrzenia mój zachwyt jedynie się pogłębia. Gorąco polecam.

    Awans na kresce

    Z dniem 21 października podczas sondy przeprowadzonej wśród TEAMu kreskowka.pl awansowałem z Moderatora na Junior Administratora :) Trochę musiałem powalczyć o tą rangę, ale w końcu na moją korzyść przeważył 2-letni staż na stronie i pełnienie funkcji Administratora forum. Docenili mnie nie tylko starzy wyjadacze, których znam od początku kariery - Doctor Faust, Master Quest, Krystian, Sector152 - a także młode osoby, które jeszcze mnie dobrze nie poznały. Przetrwałem już dwóch Szefów, myślę że zdobyłem zaufanie obecnego z czego niezmiernie się cieszę. Dziękuję i pozdrawiam TEAM :) Pracę na kreskowka.pl zacząłem od forum. Może jeszcze ktoś pamięta piątki na tym blogu^^ Jako pierwszy w Polsce tłumaczyłem anime - Naruto Shippuuden. Następnie wrzuciłem Ergo Proxy i BLAME!. Niestety Veoh usunął moje odcinki. Obecnie pracuję nad tym, aby powrócić jako Uploader. Zapraszam na stronę.