17 marca 2012

Świat Anime 02/2012

Sengoku Basara
Na początek anime na topie - popularny i zwariowany obraz feudalnej Japonii. Historia jest mocno nagięta, a na swój sposób także zużyta. Anime luźno nawiązuje do czasów, kiedy Japonia była podzielona na księstwa feudalne rywalizujące ze sobą o wpływy na archipelagu. Liczne bitwy sprzyjają wyłonieniu się nowych bohaterów. W efektownych pojedynkach - będących swoistą wisienką na torcie - biorą udział historyczne postaci, między innymi Masamune Date i Yukimura Sanada.

Prawdę powiedziawszy znam wiele tytułów lepiej ukazujących dzieje kraju Kwitnącej Wiśni. Mimo wszystko, pod tym względem anime nie wypada wcale najgorzej, co zdaje się udowadniać ostatni niewypał - Brave 10. Fabułę produkcji można sprowadzić do nieskomplikowanego opisu - każdy walczy z każdym. Prostota ta sprawia, że Sengoku Basara jest tak samo niewyczerpalnym pomysłem niczym nieskończona jest gra w Tetrisa. W pierwszym momencie akcja - jej dynamizm połączony z naprawdę dobrą oprawą graficzną - sprawia, że sceny bitewne robią wrażenie. Z czasem jednak wkrada się do walk monotonia i przewidywalność. Po części jest to zasługa braku realizmu w pojedynkach, które nie grzeszą w umiarze i logice. Główne postaci, kolokwialnie mówiąc startują od razu z 99 levelem doświadczenia i trwają w tym boskim stanie po sam koniec serialu. Ukazane sylwetki historycznych wojowników są wyidealizowane do tego stopnia, że podczas walk zagarniają dla siebie całą uwagę widza, robiąc z pozostałych żołnierzy na pobojowisku nie większy od drzew i krzewów element tła. Trzeba jednak przyznać, że postaci te są barwne i posiadają swoją niepowtarzalną osobowość. Ma to jednak słabe punkty, jeśli twórcy nastawią się na oryginalność za wszelką cenę. Mam tu na myśli drobne zabiegi, przez które w średniowieczny klimat produkcji wkradają się elementy współczesności, co widać na przykładzie klanu prowadzonego przez Date (anglojęzyczny slang, punkowe fryzury, lekkie nawiązanie do gangów motocyklowych). Nie jest to jedyny taki przypadek. Myślę, że każdy kojarzy pełne kontrastów kulturowych anime pt. Samurai Champloo. Ostatecznie, to ten starszy obraz dawnej Japonii - z udziałem Mugena, Jina oraz Fuu - wyszedł z eksperymentu obronną ręką.

Oglądałem oba sezony Sengoku Basara oraz film kinowy The Last Party - każda z pozycji trzyma równomierny poziom dlatego też nie widzę sensu napisać osobno o wersji kinowej. Nie jest to z pewnością anime najwyższych lotów, jednak dobrze sprawdza się jako lekki, rozrywkowy tytuł. Tytuł zjadliwy chociaż nic do życia nie wnosi.

Jyu Oh Sei
Dosyć interesującym i jednocześnie niszowym tytułem jest Jyu Oh Sei. Dzięki specyficznej historii science fiction anime z pewnością utkwi w naszej pamięci. Nie oznacza to jednak, że owa oryginalność czyni ten tytuł jednym z lepszych swojego gatunku ;-)

Thor wraz z bratem, Raiem, żyją z dala od Ziemi na jednej z kosmicznych kolonii. Na wskutek morderstwa ich rodziców przez zamaskowanych sprawców, zostają zesłani na nieznaną im dotąd planetę. Młode rodzeństwo będzie musiało stawić wielu niebezpieczeństw, aby przetrwać w tym surowym miejscu - począwszy od groźnej roślinności, na walce o wysoką pozycję w hierarchii rywalizujących ze sobą klanów kończąc.

Nie jest to anime wysokich lotów. Tylko naprawdę nieszablonowa historia pozwoliła mi obejrzeć tą krótką serię z jakimkolwiek zainteresowaniem. Oprawa graficzna jest przeciętna, w konwencji równie niszowego tytułu jakim jest Interlude i jemu podobnych produkcji, co w 2006 roku jest zauważalną wadą, uniemożliwiającą wybicie się serii w gąszczu lepiej zrealizowanych tytułów. Jeśli na siłę dopatrywać się w anime plusów, powiedziałbym o nieprzewidywalności. Jak już wspomniałem, ciężko znaleźć inspirację stworzonej historii. Niespotykane dotychczas rozwiązania (np. bujna flora na planecie) kreują niepowtarzalny klimat produkcji. Anime z pewnością warte polecenia sympatykom nauk o społeczeństwie i polityce. Jyu Oh Sei jest próbą ukazania mechanizmów tworzenia się zhierarchizowanych grup walczących o władzę. Dzika planeta będąca śmiertelnym niebezpieczeństwem dla jednostki, determinuje jej mieszkańców do życia w większych i bardziej samowystarczalnych skupiskach zwanych klanami. Mój opis zabrzmiał trochę jak gloryfikacja serii, ale w praktyce nie wygląda to tak imponująco ;-)

Slayers
Lina Inverse, utalentowana czarodziejka żyjąca z polowań na bandytów, pewnego dnia spotyka na swojej drodze Gaurryego Gabrieva. Podróż z rycerzem dostarcza parze wielu przygód. Podczas jednej z nich, Lina wpada w posiadanie artefaktu, który okazuje się być kluczem do odrodzenia lorda demonów - Shabranigdo. Na przywróceniu go do życia zależy potężnemu magowi o imieniu Rezo, który podejmuje się prób zdobycia artefaktu od nieświadomej jego znaczenia pary.

Zdaję sobie sprawę, że jest to jeden z tych klasyków, z którym obecnie dorośli odbiorcy wiążą pewien sentyment. Nie było mi dane wychować się na tym anime - nie obraziłbym się, gdyby tak było. Slayers to klasyczna, prosta wizja świata rycerzy, magów, ogrów oraz innych mistycznych stworzeń. Trudno doszukiwać się w serii świetnej oprawy graficznej, złożonej fabuły oraz dantejskich scen (chociaż z perspektywy dziecka pewnie takie występowały). To, że przedstawiona historia nie jest skomplikowana, nie zawsze oznacza wadę produkcji. W pewnych okolicznościach, kiedy człowiek jest po części wyczerpany psychicznie po ''cięższych'' tytułach, ta prostolinijność staje się czymś pożądanym i sprawiającym niemałą przyjemność. Nie tylko zrozumiała i w gruncie rzeczy szablonowa historia dodaje lekkości anime. Kolejnym plusem jest stary, poczciwy humor, który dawniej nie oznaczał ukazania dwuznacznych sytuacji z cyckami i bielizną w roli głównej. O ile większość dzisiejszych ''komedii'' irytuje, o tyle Slayers oferuje nam wiele zabawnych sytuacji utrzymanych w tradycyjnym stylu. Postaci swoim wyglądem nie zrobiły na mnie wrażenia (wyjątkiem jest wizerunek Liny Inverse), jednak ich osobowości są zaskakująco barwne i wzbudzające sympatię - dziecinnie niewinne, ale mimo wszystko ciekawe.

Slayers to przyzwoita, 26-odcinkowa seria, która w odróżnieniu od aktualnie powstających produkcji posiada duszę i chociaż przez chwilę przypomniała mi młodzieńcze lata. Planuję w przyszłości obejrzeć pozostałe sezony.

Ten artykuł jest jednym z wielu tekstów cyklu ''Świata Anime''. Zapraszam do lektury.

11 marca 2012

Kto niesie kaganek oświaty?

Czas najwyższy przełamać się po miesięcznym wypoczynku od blogowania. Nie oznacza to jednak, że ostatni miesiąc próżnowałem, a dziś wybudziłem się z zimowego snu. W ostatnim czasie na wszystko braknie czasu. To studia, to judo. W końcu też na dobre powróciłem do joggingu. Na koniec warto pochwalić się nowym związkiem. Dzisiaj w pewien sposób ambitnie, bo o sprawach ważnych - ważniejszych niż nowa fryzura Katarzyny Cichopek i śmierć Ryśka z ''Klanu''.

Tęsknota za blogiem robi swoje. Kawa zaparzona, niestety inspiracji brak. Obecnie media żyją wypadkiem kolejowym pod Szczekocinami. Prawdę mówiąc, rzygam wydarzeniami publikowanymi w blokach informacyjnych, dotyczącymi wszelkiego rodzaju katastrof czy śmierci znanych osób. Nie od dziś wiadomo, że zła informacja sprzedaje się lepiej. Mimo to negatywne odczucia wzbudza we mnie nie tyle kwestia etyczna, co sztuczność tego przedstawienia i obłuda ''zszokowanych i pogrążonych w refleksji'' odbiorców mass mediów. Nie długo trzeba czekać, aby w polskich realiach nad zwłokami poległych zaroiło się od hien chcących przypodobać się ludowi. Sejmowa, polityczna opozycja zaczyna stawiać zarzuty rządowi (zwłaszcza PiS ma wprawę w graniu trupem), nasz bezpłodny prezydent ogłasza żałobę narodową, kiedy - jak to zauważyli internauci - na polskich drogach co roku ginie zatrważająca liczba osób (w ubiegłym roku ponad 4 tysiące). Może dla odmiany, zamiast o śmierci poruszymy temat życia?

Nie tak dawno napisałem na blogu o sporze wokół ACTA. Najwidoczniej rodacy zawsze są chętni do brania udziału w - podsycanych przez media - zbiorowych spektaklach. O ''polaczkowatości'' (rozumianej jako przywary Polaków) pisał niegdyś R. Dmowski. Chociaż większość jego poglądów jest mi nie po drodze, w jego ocenie rodaków tkwi ziarno prawdy. Od tamtych czasów niewiele się w tej kwestii zmieniło - chyba, że na gorsze. Mam na myśli młodych Polaków: bez charakteru, moralności, bez tożsamości. Rośnie nam pokolenie idiotów, które ostatecznie stanie się filarem państwa. Logika podpowiada nam, że kto stawia dom na słabych fundamentach, długo nabytkiem się nie nacieszy.

Nie tak dawno, na łamach jednego z forum, na którym się udzielam, został poruszony temat polskiej oświaty. Nigdy nie uważałem, aby była ona dobra. Mówię tu głównie o procesie edukacji od szkoły podstawowej po licea. Zamiast zajmować się realnymi problemami, kolejni ministrowie edukacji poświęcają czas na kosmetykę np. wielokrotne zmiany w egzaminach maturalnych. Problemem nie są też zamykane szkoły w małych gminach czy nieprzystosowane sale dla sześciolatków. Polski system oświaty uważam za archaiczny na całej linii. Wina leży po stronie osób za niego odpowiedzialnych. Program nauczania jest nastawiony w głównej mierze na przyswajanie wiedzy teoretycznej, bez ćwiczeń polegających na jej praktycznym wykorzystaniu. Pewna część przedmiotów jest postrzegana jako drugorzędne. Mam na myśli wychowanie fizyczne, wiedzę o społeczeństwie, przysposobienie obronne czy porządnie gwałcone w Polsce zajęcia religii.

Jaka ewolucja? Na początku był Adam i Ewa.

Lekcje religii są jawną mistyfikacją. Prowadzone przeważnie przez duchownych i katechetów mają na celu utwierdzanie w uczniach katolicyzmu - w dodatku proceder ten jest utrzymywany przez państwo (przy poklasku zaściankowej części społeczeństwa oraz polityków, którzy najwidoczniej lubią klękać przed duchownymi i robić im dobrze :-). Przeglądając dzisiaj jeden z artykułów na stronie Gazety Wyborczej (link), natknąłem się na wypowiedź pani minister edukacji K. Szumilas, która zapewniała o bezpiecznej pozycji lekcji religii w polskich szkołach. W zachodnich krajach dominuje trend prowadzenia zajęć z etyki/filozofii, gdzie odpowiednio wykwalifikowany nauczyciel prowadzi lekcje z prawdziwego zdarzenia - traktujące równo każdą religię jak i poglądy filozoficzne. W ubiegłym semestrze miałem przyjemność uczęszczać na zbliżony do religii przedmiot (przypominam, że studiuję politologię). Różnica pomiędzy treściami wykładanymi na uniwersytecie, a tymi na etapie szkoły podstawowej po czasy liceum jest ogromna. Należy zadać sobie pytanie czy faktycznie filozofia lub religia jest przedmiotem niezbędnym w szkole. Ja jednak przychylam się za nim, jako nieodzownym narzędziem w procesie wychowawczym.

Uczeń winien wiedzieć, że maska MP-4 posiada dwa filtry.

Zaniedbane jest także przysposobienie obronne i wiedza o społeczeństwie, które to bardziej niż inne przedmioty kształtują postawy obywatelskie wśród młodych osób. Wiedza o społeczeństwie oferuje potrzebną, jednak suchą i trudną w przyswojeniu wiedzę. Program powinien skupić się również na bardziej życiowych aspektach - przystosowaniu młodych ludzi do funkcjonowania w urzędniczym gąszczu - pogłębianiu ich wiedzy o funkcjonowaniu urzędów pracy, pomocy społecznej oraz innych placówek, o które możemy się otrzeć w dorosłym życiu. ''WOS'' z samej nazwy jest bliższy nauce o administracji publicznej, niż szeroko pojętej polityce. Przysposobienie obronne kojarzy mi się z dwiema godzinami lekcyjnymi poświęconymi bandażowaniu ofiar oraz rzutowi granatem. Trochę mało jak na cały rok edukacji - nawet z tą jedyną godziną zajęć w tygodniu). Nie uważam, aby dominujące w programie elementy, przygotowujące uczniów na wypadek wojny, znalazły uzasadnienie w swoim istnieniu. Bardziej współczesnymi, a zaniedbywanymi kwestiami są: nauka pierwszej pomocy, wykłady na temat sposobu zachowania się w przypadku wypadku czy klęski żywiołowej. Na koniec - pomijany i nabierający celowości w świetle obecnych wydarzeń w kraju - aspekt znajomości zasad ruchu drogowego. Mam tu na myśli przede wszystkim uświadamianie uczniom praw na drodze z perspektywy osoby pieszej. O ile mi wiadomo, jeśli taki temat zostanie poruszony na forum klasowym, to zwykle obejmuje jedną godzinę lekcyjną i jest realizowany powierzchownie.

Skakanie przez kozła i zwolnienie od mamy.

Wychowanie fizyczne jest kolejnym przedmiotem, który pomimo pojawiającego się w szkołach problemu otyłości jest traktowany jak zło - zwłaszcza wśród uczennic wykręcających się zwolnieniami. Z tego co mi wiadomo, w tym roku weszły pewne zmiany dające placówkom możliwość odejścia od klasycznego modelu wychowawczego. Uczeń zamiast obowiązkowych zajęć ''WF'' może zapisać się do sekcji bądź klubu sportowego i na tej podstawie być zwolnionym z niewiele dających zajęć lekcyjnych - zwykle realizowanych według schematu ''macie piłkę i grajcie''. Moim zdaniem to dobry kierunek zmian, jednak infrastruktura w wielu miejscowościach nie pozwala na takie rozwiązania (pomijając już kwestię niereformowalnej dyrekcji, która nie kwapi się do innowacyjnych rozwiązań).

Nieprzygotowana nauczycielka o antykoncepcji?

Pieniądze znajdują się za to za nauczanie ''martwych przedmiotów'' takich jak godzina wychowawcza i wychowanie do życia w rodzinie. Jeśli chodzi o pierwszy z nich, zrozumiałbym gdyby lekcja ta miała realny wpływ na proces wychowawczy ucznia. Problematyka narkotyków czy alkoholizmu jest realizowana od niechcenia i w sposób mało atrakcyjny dla młodej osoby. Bazując na doświadczeniu z liceum, postrzegam te zajęcia jako czas na bezsensowne rozmowy lub odrabianie zaległego materiału z innego przedmiotu. Entuzjazmu nie wzbudzają też zajęcia z wychowania do życia w rodzinie. Byłbym rad, gdybym mógł usłyszeć bajki o pszczółkach, kwiatkach, kapuście lub bocianach. Zamiast tego, dyrekcja liceum za autorytet w tej kwestii uważała katechetkę, która mówiła wyłącznie o aspekcie emocjonalnym - i to w dość przekoloryzowany sposób (chyba pod wpływem nauki katolickiej lub odmóżdżających seriali telewizyjnych).

Walka klasowa. Impotencja polskiego nauczyciela.

Grono pedagogiczne to kolejny problem polskiej oświaty. Gdy słyszę o kolejnych protestach i biadoleniu na niskie nauczycielskie pensje, robi mi się nie dobrze. Nie znam innego zawodu budżetówki, w którym to pracownik ma kilka miesięcy wolnego w roku i z pobudek opiekuńczo-wychowawczych coroczne wyjazdy z uczniami (za darmo). Mimo wszystko to nie przywileje są tutaj kwestią godną napiętnowania. Moje oczy od zawsze były głodne młodych, ambitnych nauczycieli, którzy prowadząc lekcję potrafią wzbudzić w odbiorcach zainteresowanie. Jest to mniejszość i nie sądzę, aby przez pięć lat od ukończenia przeze mnie liceum cokolwiek się w kwestii kadr zmieniło.

Ogromną wadą systemu są koła zainteresowań (a raczej ich brak), które kryją w sobie ogromny potencjał. Tematycznie mogą uzupełniać program danego przedmiotu (w sposób lekki, bez presji związanej z ocenami), ale są także narzędziem umożliwiającym nauczycielowi trafić do świata młodego człowieka poprzez kluby czysto hobbystyczne (film, muzyka, sesje RPG). Bezsprzecznie jest to metoda wychowawcza, budująca dobre relacje z nauczycielami, oraz ich autorytet - który tak niewielu potrafi sobie wypracować. Czy uczniowi chciałoby się pozostawać po zajęciach w szkole? Myślę, że tak o ile program danego klubu wydałby się na tyle atrakcyjny, aby poświęcić na niego trochę czasu. Byłbym również skłonny opowiedzieć się za opcją obowiązku uczestnictwa w życiu jednego z klubów - oczywiście z odstąpieniem od tego wymogu w przypadku innych, nadobowiązkowych zajęć wpływających na rozwój psycho-fizyczny ucznia (np. sekcje sportowe, prywatny kurs gry na gitarze czy działalność charytatywna). Warto byłoby zastanowić się, czy wymóg prowadzenia przez nauczycieli takich nadobowiązkowych zajęć nie byłby wystarczającym krokiem do ich zmotywowania. Tak właściwie to przyczyną braku takich przedsięwzięć jest lenistwo nauczycieli, nie zaś uczniów, których inicjatywy często rozbijają się o pełne stagnacji grono pedagogiczne. Prawa ucznia i zarząd uczelniany to mityczne przymioty mające dać młodym namiastkę demokracji, poczucie posiadania wpływu na decyzje podejmowane w placówce. Hodując młodych ludzi niczym bezmyślną trzodę w zagrodzie, odbierając im prawo do trosk i obowiązku, naiwnie wypatrujemy oznak społeczeństwa obywatelskiego - jeszcze nie zdarzyło się, aby kwiat wśród trzody i na gnoju wyrósł.

Dryfowanie po rynku pracy.

Czasem wydaje się, że w polskiej oświacie jest tyle mechanizmów do zreformowania, że na ewentualne nowości nie ma miejsca. Nie mówię tutaj o e-tornistrach, które są dobrym pijarowskim zabiegiem serwowanym nam przez obecny rząd chociaż przyznam, że informatyzacja oświaty (i ogólnie pojętej administracji w Polsce) również jest ważnym punktem. W szkołach średnich brakuje funkcji doradcy do spraw karier, która jest tak powszechna w wielu europejskich - i nie tylko - krajach. Osoba ta prowadzi indywidualne konsultacje z uczniami, mające na celu przygotować je do życia po liceum/technikum, zapoznać z rynkiem pracy czy pomóc zadecydować w kwestii ewentualnie podjętych kroków po zakończeniu szkoły średniej. Często jednak jest tak, że uczeń jest zdany sam na siebie - nie chodzi tu tyle o absolwentów studiów co o osoby kończące technika, po których zwykle planują podjąć pracę.

Rozprawiać o polskiej oświacie można byłoby w nieskończoność. Poruszyłem jedynie nieliczne problemy, wielu z nich pewnie sam nie dostrzegłem lub zaniechałem z powodu braku potrzebnych mi informacji (np. kwestia socjalna ucznia). Przez sympatię do mojego państwa chciałbym wypowiadać się o jego organach w jak najlepszym świetle, niestety w tym przypadku byłoby to mijanie się z prawdą. Rządzący zdają się zapominać, że społeczeństwo obywatelskie nie jest produktem, który można kupić. Jedynie długoletnia i sumienna pielęgnacja całego systemu pozwoli nam wychować płodnych obywateli.

5 lutego 2012

Eksploracja filmowej podświadomości

Ostatnim razem, gdy pisałem o filmach, były to dosyć luźne recenzje. Tym razem będzie lepiej z dwóch powodów - zaliczonej sesji, a także lepszych (według mnie) tytułów. Podobnie do ostatniego wpisu, dwa filmy łączy obecność tego samego aktora. Zawsze byłem uprzedzony do Leonarda DiCaprio, jednak zmieniłem zdanie po obejrzeniu ''Wyspy Tajemnic''. Feralnie tytuł zaginął w cieniu mającej premierę w tym samym roku ''Incepcji''.

Shutter Island (2010)
(pol. ''Wyspa Tajemnic'')
Szeryf federalny Teddy Daniels przybywa wraz z partnerem do szpitala psychiatrycznego, aby rozwikłać kolejną sprawę. Z odizolowanego od świata ośrodka zbiegła jedna z pacjentek, pozostawiając za sobą wskazówki dla przybyłych na miejsce agentów. Kiedy podczas sztormu łączność na wyspie zostaje odcięta, T. Daniels - pomimo opinii partnera - decyduje się dokończyć śledztwo w sprawie tajemniczego zniknięcia. Podążając tropem uciekinierki poznaje szokującą prawdę o ośrodku, dyrektorze go prowadzącym, a także skrywane głęboko w podświadomości fakty z własnej przeszłości.

Szczerze mówiąc podchodziłem do filmu z dużą rezerwą, ale przymus ten skończył się już na samym początku. Mogłoby się wydawać, że w kwestii amerykańskich służb specjalnych czy dochodzeń samowolnych detektywów powiedziano już zbyt wiele, aby kolejne produkcje mogły przykuć czyjąś uwagę. ''Wyspa Tajemnic'' zaczyna się dosyć zwyczajnie choć przyznam, że wizualnie film od razu przypadł mi do gustu. Jak już kiedyś wspomniałem, minimalizm i powściągliwość w szastaniu budżetem to cnoty - zwłaszcza w dobie komercyjnego kina (z całym szacunkiem dla R. Emmericha). Za zdjęcia odpowiedzialny jest R. Richardson (Kill Bill, Inglourious Basterds). Nie jest mi on bliżej znany, ale chwalę sobie jego pracę przy tej produkcji. Ciężko byłoby równie dobrze oddać klimat filmu, chociaż nie miałbym nic przeciwko, gdyby zdjęciami zajmował się Tom Stern (człowiek robi na mnie ogromne wrażenie, jeśli chodzi o współpracę z C. Eastwoodem). Warto również napisać kilka słów o muzyce. Dominujące w filmie smyczkowe utwory skutecznie wzbudzają u widza dreszcz emocji.

Shutter Island jest adaptacją powieści Dennisa Lehane pt. ''Wyspa Skazańców'', której nie miałem jednak przyjemności przeczytać. Bliżej mi do literatury filozoficznej, ale widząc złożoność przedstawionej w filmie fabuły motywuje mnie to do zapoznania się z pozycją (może nawet polubię książki ;-). Z pozoru rutynowa inspekcja federalnych przeradza się w osobistą sprawę dzięki sennym koszmarom T. Dannielsa, w których nawiedza go zmarła żona. Surrealistyczne spotkania dwójki kochanków przybliżają pełnego wewnętrznych sprzeczności szeryfa do rozwiązania zagadki zbiegłej Rachel Solando. Zagłębiając się w najmroczniejsze zakamarki własnego umysłu oraz ośrodka dla obłąkanych, młody agent dostrzega znacznie bliższą więź z wyspą, niż mogłoby się to wydawać. Wraz z zatraceniem sensu śledztwa, Danniels rozpoczyna samotną wędrówkę na pograniczu snu i jawy.

Inception (2010)
(pol. ''Incepcja'')
Pan Saito (Ken Watanabe) jest jednym z bardziej wpływowych biznesmenów w swojej branży. Jego pozycji zagraża jedynie konkurent, którego żywot właśnie dobiega końca. W obawie przed odziedziczeniem majątku biznesowego przeciwnika przez jego syna i kontynuacją przez niego polityki ojca, Saito postanawia raz na zawsze pozbyć się konkurentów. Do tego zadania wynajmuje człowieka o nazwisku Cobb (Leonardo DiCaprio) oraz podległych mu wspólników. Specyficzna grupa przestępców zajmuje się ''ekstrakcją'', czyli wchodzeniem podczas snu wgłąb ludzkiej podświadomości i uzyskiwaniem tym samym cennych informacji. Tym razem jednak ich misja będzie się różniła. Pan Saito zleca wtargnięcie do umysłu przyszłego spadkobiercy i wszczepienie mu idei mogącej unieszkodliwić największego rywala.

Nie bezpodstawnie film został tak przychylnie odebrany w świecie kina. Historia dosyć innowacyjna, na dodatek osadzona w realiach science fiction. Mimo wszystko irytuje mnie fakt, że wystarczy dodać do filmu trochę efekciarstwa, aby zostawić w tyle inne, ambitniejsze produkcje (mam na myśli Shutter Island). Nie znaczy to jednak, że film nie jest wart uwagi. Sam opis fabuły powinien być wystarczającym argumentem do zapoznania się z nietuzinkową produkcją. Akcja niemalże w ''matrixowych'' warunkach nie pozwala nawet na moment odetchnąć, zaskakując coraz to bardziej nieprzewidywalnymi sytuacjami do momentu, aż widz zupełnie zatraci granicę pomiędzy zmaganiami bohaterów w ludzkim umyśle, a realnym świecie. Ten stan trwa prawie przez całą długość filmu, łącznie ze sceną z udziałem D. Cobba, która pozostawia nie jednoznaczne i łatwe do nadinterpretacji zakończenie.

Zalety nie ograniczają się jedynie do głównego wątku ''Incepcji''. Niebanalne postaci dodają uroku, a niekiedy także humoru do ostatecznego kształtu produkcji. Głównym winowajcą zabawnych scen był wspólnik Cobba - Arthur (Joseph Gordon-Levitt), który skutecznie rozluźniał napięcie w filmie. Mówiąc o rolach bohaterów, nie należy zapominać o ich odtwórcach. Wcielający się w postać pana Saito, Ken Watanabe budzi moją sympatię od pierwszej chwili, kw której go zobaczyłem. Był to film pt. ''Ostatni Samuraj''. Opinię o grze aktorskiej jegomościa utrwaliłem oglądając słynne ''Listy z Iwo Jimy'' w reżyserii Clinta Eastwooda. Pomijając opracowanie techniczne, obsada jest zdecydowanie jedną z mocniejszych stron Incepcji.

Kończąc wypowiedź, pomimo moich osobistych wymagań odnośnie kina (które przekonują mnie bardziej w stronę Shutter Island) uważam, że oba filmy reprezentują równie wysoki poziom i w pełni realizują się w swoich gatunkach. Każdy z tytułów porusza tematykę ludzkiej psychiki, jednak na swój własny sposób. Z tego też powodu myślę, że przeciętnemu odbiorcy spodoba się chociaż jeden z polecanych dziś filmów. Zachęcam do oglądania.

31 stycznia 2012

Zima w anime - pierwsze wrażenia

Pora podłączyć się do mainstreamu i napisać kilka słów o zimowych premierach anime. Pomimo sesji, styczniowy plan na blogu uważam za zrealizowany. Oprócz anime poruszyłem kwestię filmu oraz szeroko pojętą publicystykę, która - przy moim zaskoczeniu - cieszy się dużym zainteresowaniem. Dodatkowo moja ''Bogini Statystyka'' rzekła, że w tym miesiącu blog pobił swój rekord wyświetleń (ustanowiony 2009 roku). Tym pozytywnym akcentem kończę monolog o swej jedwabistości i przechodzę do rzeczy.

Poniższe opinie powstały na podstawie co najmniej trzech obejrzanych epizodów i nie muszą odwzorowywać rzeczywistej wagi omawianych tytułów. Jeżeli jesteście zainteresowani moimi przedpremierowymi opiniami o poniższych anime, odsyłam do grudniowego tekstu (część I, cześć II).

Amagami SS+                                                     wstępna ocena: 6/10















Opis: Drugi sezon Amagami SS. Miłosne perypetie Junichiego przeplatają się z życiem japońskiego ucznia. Każda z szóstki zapoznanych wcześniej bohaterek zostanie przedstawiona w dwóch epizodach, będących kontynuacją rozpoczętych w prequelu historii.

Zniechęcił mnie do siebie poprzedni tytuł, więc nie oczekiwałem po tej części czegoś spektakularnego. W pewien sposób nie czuję jednak zawodu, ponieważ utrzymanie poziomu prequelu jest dla mnie wystarczająco satysfakcjonujące. I mówię to jako osoba stroniąca od tego typu romansów - mianowicie dziecinnych miłostek i czasów parzenia się gówniarzerii, za którymi tak mocno tęsknię. Nie oznacza to, że anime nie jest interesujące. Myślę, że większość odbiorców może zaakceptować ten lekki i niewymagający tytuł. Plusem z pewnością jest fabuła budowana wokół kilku różniących się charakterologicznie bohaterek, z którymi Junichi wchodzi w bliższe kontakty. Pierwsza część została poświęcona nieobliczalnej Tsukasie, natomiast w drugiej twórcy popadli w jej skrajność, czyli niesforną przyjaźń z dzieciństwa Junichiego - Rihoko Sakurai. Przedstawione historie miały w sobie pewien potencjał. Liczę, że zbliżające się epizody z udziałem Ai (dziewczyny z klubu pływackiego) utrzymają ten stan, co pozwoli mi przebrnąć przez pozostałe odcinki ze względnym spokojem, jednocześnie bez zbędnej krytyki.

Ano Natsu de Matteru                                                wstępna ocena: 6/10















Opis: Kaito wraz z przyjaciółmi postanawia nakręcić film ze zbliżających się wakacji. Do projektu przyłączają się dwie, nowo zapoznane dziewczyny. Jedna z nich dopiero co przybyła do miasta. Kiedy Kaito dowiaduje się, że Ichika nie ma gdzie zamieszkać, wykorzystuje okazję wyjazdu matki w delegację, aby zaproponować dziewczynie nocleg. Choć Ichika sprawia wrażenie miłej, ukrywa przed świeżymi znajomymi pewien sekret.

Anime rozpocząłem ''na doczepkę'' za sprawą pochlebnej opinii Mirasa (tak, spłoń ze wstydu ;-). W sumie nic wyjątkowego w serialu nie widzę, co zdaje się alienować mnie od reszty środowiska blogerów. Sielankowy klimat produkcji, którego braku nie możemy serii zarzucić, nie udzielił mi się. Być może za sprawą większych oczekiwań po anime, być może z powodu kurwików w oczach, jakie ma student w trakcie sesji - widzący przed sobą ten wakacyjny obraz. Treść anime jest na swój sposób płytka. Mamy sporo fan serwisu i upośledzone zwierzątko, które ma wzbudzić nasz zachwyt lub politowanie. Sam pomysł humanoidalnej kosmitki również się nie chwali - przynajmniej według mojej opinii jest to przejaw negatywnej formy oryginalności. Mimo to wszystkie te wady nie mają takiego oddźwięku w anime, jak jego zalety. Szczególnie należy pochwalić sobie kreacje bohaterów, które nie tylko z wyglądu, ale także osobowości zyskują u mnie uznanie. Same rozwiązanie historii jest nadal zagadką. Po tego typu anime spodziewam się raczej happy endu, chociaż życzyłbym sobie ambitniejszego rozwiązania wakacyjnej przygody (np. gdyby okazało się, że Kaito zginął przy lądowaniu statku, a Ichika jedynie ulecza jego degradujące się komórki - epic drama). Podsumowując, tytuł śledzę z zainteresowaniem.

Brave 10                                                                           wstępna ocena: 5/10















Opis: Młody ninja zwany Saizo Kirigakure tuła się po kraju do czasu przypadkowego spotkania z Isanami - kapłanką uciekającą przed zabójcami. Niepokorny młodzieniec przystaje na prośbę wybawionej z opresji dziewczyny i zostaje jej ochroniarzem. Ich ścieżki szybko zbiegają się z planami Yukimury Sanady, człowieka poszukującego dziesiątki odważnych wojowników na zbliżającą się bitwę.

O ile wytykane przeze mnie błędy u wyżej podanych anime mogą być uznane za subiektywne, należy przyznać, że Brave 10 w pełni zasłużył sobie na tytuł zimowego gniota (cokolwiek to znaczy). Od początku nie wymagałem wiele od produkcji - życzyłem sobie jedynie dobrej akcji skupionej na licznych walkach. W końcu i moje minimalne założenia się nie ziściły. Zacznijmy od tego, że nie spodziewałem się pojedynków, które w jawny sposób będą kojarzyły się z nieskomplikowanym Naruto i jego paczką. Skakanie po drzewach czy głośnia artykulacja technik (bardzo zbliżonych do tych z historii o ninja z Konohy) budzą we mnie uzasadniony wstręt. Po wstępnym opisie fabuły spodziewałem się nawiązania do historii Japonii - niestety i ta została zgwałcona. Kolejnym minusem serii są bohaterowie. Pomińmy typowy dla shonenów ich wygląd, który ma zarówno przeciwników jak i zwolenników. Główne skrzypce gra Saizo o usposobieniu emo, robiący identyczne dzióbki jak Sasuke Uchiha. Towarzyszy mu niegrzesząca rozumem Isanami, która w naszym świecie wyrosłaby na puszczalską siksę. Brzmi mało poważnie - jak z resztą cała ta produkcja. Według mnie to mierne anime (nawet jak na obecne czasy) choć przyznaję, że dzisiejsze dzieci będą ten tytuł uwielbiały, bez namysłu oceniając go na wysokie noty.

Natsume Yuujinchou Shi                                         wstępna ocena: 7+/10















Opis: Jest to już czwarty z kolei sezon popularnej sagi. Natsume jest chłopcem, który widzi duchy, odkąd sięga pamięcią. Niechciana zdolność uniemożliwia mu nawiązanie bliższych kontaktów z rówieśnikami. Pewnego dnia, chłopiec otrzymuje w spadku po babci Księgę Przyjaciół - wypełnioną po brzegi kontraktami ze schwytanymi niegdyś duchami. Natsume usiłuje zwolnić z przysięgi istoty zapisane w ów księdze i w miarę możliwości pomaga im w problemach, tym samym narażając się na liczne niebezpieczeństwa.

Rozpisywać się o tym anime to sama przyjemność. Przez kolejne sezony Natsume Yuujinchou wychodził obronną ręką, utrzymując ten sam poziom i na dodatek oferując nowe, równie interesujące historie. Urzekający, lekki klimat serii mógłbym porównać odnosząc się do Usagi Drop (pomimo różnic gatunkowych). Nie oznacza to jednak, że anime nie ma w sobie nic z dynamiki. Zaskoczyły mnie pierwsze odcinki, które wyrwały się trochę z ogólnej koncepcji i dotyczyły dłuższej historii z porwaniem Natsume w tle. Ta anomalia niosła ze sobą wiele obaw jednak zakończenie tej przygody i wychodzące później epizody powróciły do naturalnego dla anime stylu. Piąty odcinek, opisujący wyrywek z przeszłości głównego bohatera, uświadomił mnie ile możliwych tematów nie zostało jeszcze zrealizowanych. Te anime nadal będzie mnie zaskakiwało - tego jestem pewien. Technicznie tytuł ten nie wprowadza istotnych zminan, jednak pełna ambicji historia w pełni rekompensuje wszystkie braki produkcji.

Nisemonogatari                                                          wstępna ocena: 7+/10















Opis: Kontynuacja Bakemonogatari. Mag Kaiki Deishu, który kiedyś oszukał Hitagi, powraca do miasta i rozpowszechnia zaklęcie, którym przedtem przeklął Nadeko. Siostry Koyomiego, Karen oraz Tsukihi usiłują schwytać Deishu, jednak natrafiają na trudności.

Do sequelu podchodziłem z dużą rezerwą. Prawdę mówiąc, Bakemonogatari nie spodobało mi się fabularnie - nie widziałem jakiejkolwiek ambicji w fabule i domniemanej epickości w dialogach. Z kolei wykonanie techniczne było tym, co robiło na mnie spore wrażenie. Zimowy sezon oceniam na duży plus. Oprócz specyficznego sposobu montażu kadrów i dobrej ścieżki dźwiękowej, bardziej dynamiczna akcja sprawiła, że drugi sezon w pełni mnie kupił. Nawet elementy ecchi nie wyglądają tak strasznie, jeśli są opatrzone niebanalną grafiką. W kontynuacji zyskała również osobowość Araragiego, która straciła na swojej anemiczności. Nie wiem natomiast czego spodziewać się po Keikim, ale jego debiutancki występ zrobił na mnie wrażenie. Na dobrą sprawę fabuła nie rozwinęła w pełni skrzydeł, więc prawdziwa uczta dopiero przed nami.

Rinne no Lagrange                                                       wstępna ocena: 6/10















Opis: Madoka jest 17-letnią dziewczyną, która uwielbia pomagać mieszkańcom rodzinnego miasta. Zrządzenie losu chciało, aby zwykła uczennica odegrała znaczącą rolę w wojnie z przybyszami z kosmosu. Pilotując legendarnego robota zwanego Vox walczy przeciwko najeźdźcom.

Sama historia nie wydaje się oryginalna, jednak jak można nie zawiesić oka na anime o mechach - zwłaszcza po obejrzeniu zwiastuna? Od jakiegoś czasu zaczęło się udziwnianie tego gatunku (m.in. w przypadku Guilty Crown), a Rinne no Lagrange zdawało się powrócić do dawnych standardów. Bez większych oczekiwań zerknąłem na tytuł i oceniam go pozytywnie. Mam słabą pamięć jeśli chodzi o muzykę, ale charakterystyczna oprawa graficzna będzie długo krążyła w moich myślach (minimalistyczna, ale schludna w prostocie). Po zwiastunie miałem wątpliwości co do poziomu walk mechów. Spodziewałem się, że komputerowa animacja odbije się na ich realizmie, jednak w praktyce wyszło to całkiem nieźle. Design robotów transformujących się w ''myśliwce'' również zyskuje u mnie plusy. Nie przyczepię się do bohaterek, bo jak można zarzucić nastolatkom, że zachowują się zbyt cukierkowato? Pominę ten dziewczęcy klimat produkcji, który lekko mnie irytuje. Na chwilę obecną tytuł jest znośny, a fabuła nie rozwinęła się na tyle, aby skreślić szanse na miłe zaskoczenie tą produkcją.

Senki Zesshou Symphogear                                      wstępna ocena: 7/10















Opis: Ludzkość jest zagrożona ze strony tajemniczych istot zwanych ''Noise''. Tsubasa i Kanade tworzą zespół muzyczny ''Zwei Wing''. Przy pomocy wyjątkowych kombinezonów ''Symphogear'', walczą one z napastnikami, aby ocalić Ziemię. Późniejszy wypadek sprawia, że rolę po Kanade wraz z jej unikatowymi zdolnościami odziedzicza Hibiki - niczym niewyróżniająca się dziewczyna.

Pomijając kontynuacje popularnych już anime, jest to moim zdaniem odkrycie tego sezonu. Nie rozumiem za bardzo negatywnych opinii o tym serialu (zwłaszcza tych niepopartych żadnymi argumentami), ponieważ w moim odczuciu w pewien sposób nowatorska fabuła sama w sobie pozostawia w tyle większość zimowych premier. Musicalowa forma anime w połączeniu z efektownymi walkami uzbrojonych bohaterek robi wrażenie. Chociaż nie gustuję w użytej na potrzeby produkcji muzyce, w pewien sposób nie widzę możliwości zastąpienia jej innym gatunkiem. Warto w tym miejscu pochwalić tytuł za perełkę, jaką jest ending ''Meteor Light''. Produkcja ma też kilka uchybień. Główne z nich dotyczą animacji, która traci na realizmie. Mam na myśli nienaturalnie wyglądającą krew, a także inne błahostki jak np. nierównomierne ruchy warg bohaterek w trakcie śpiewania czy wygląd poruszających się włosów na wietrze. Mimo wszystko dostrzegam w tych potknięciach pewien urok, dlatego nie rozwodzę się długo nad wymienionymi wadami. Miłym zaskoczeniem jest dla mnie znikoma ilość fan serwisu - tego po zwiastunie spodziewałem się multum przy każdej nadarzającej się okazji. Anime chwalę sobie również za design głównych postaci, także za karykaturalny - według niektórych - wygląd Noise. Gorzej natomiast wypadają postaci drugoplanowe, a w szczególności Genjurou. Podsumowując, dobry tytuł akcji. Pozytywnie zaskoczyła mnie ta premiera.

25 stycznia 2012

Psychologia tłumu według ACTA

W ostatnim czasie środowisko polskich internautów zdaje się żyć, budzącym liczne kontrowersje, tematem umowy handlowej ACTA. Dokument, który 26 stycznia w Tokio ma podpisać również Polska, według protestujących osób jest próbą ocenzurowania internetu oraz inwigilacji obywateli. Wzmożona aktywność społeczeństwa nie umknęła uwadze mediów, jednocześnie zmobilizowała opozycyjne ugrupowania polityczne do krytyki rządu.

Prawdę mówiąc, kiedy obejrzałem krótki film z YouTube obrazujący koncepcję ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement), w obliczu przedstawionych sytuacji, wzbudził we mnie uzasadnione obawy. Chyba żaden internauta nie życzyłby sobie wizji ukazanej w materiale. Zastanowił mnie jednak brak bezpośrednich odwołań do treści umowy, które mogłyby potwierdzić złe intencje jej twórców. Odseparowując się od głównego nurtu panikarzy, najzwyczajniej w życiu zasięgnąłem wiedzy u źródła. Po przeczytaniu ACTA w żaden sposób nie mogę podzielić krytyki przeciwników podpisania umowy, która według mnie wynika ze zwykłego niedoinformowania społeczeństwa, a nie realnego jego zagrożenia.

Nie od dziś wiadomo, że chętniej sprzedaje się negatywna wiadomość. Po oddolnej fali protestów internautów (spowodowanej między innymi ujęciem właścicieli serwisu MegaUpload), machina propagandy ruszyła. Nie bez winy pozostają media, które zachowując pozory rzetelności, podsyciły całą atmosferę. Prym w ''uświadamianiu'' ludności w tym przypadku wiodą jednak amatorskie akcje: łańcuszki, demotywatory ukazujące rzeczywistość po ACTA, liczne filmy (także komentarze popularnych blogerów) czy mało poważne petycje podpisywane przez pełnych młodzieńczej naiwności niepełnoletnich.

Jedną z bardziej wyrazistych socjotechnik pozostaje wideo z apelem grupy ''Anonymous''. Film jest tak mocno zmanipulowany, że postanowiłem zweryfikować zawarte w nim informacje, odnosząc się do treści umowy ACTA jak i innych zaangażowanych w sprawę aktów normatywnych. Materiał z powodu swojej chaotycznej formy może sprawić trudności w analizie, więc osobno rozwinę kwestię opisów konkretnych sytuacji kończąc na ocenie języka użytego w apelu.

Pierwszym z przykładów jest odniesienie się przepisów ACTA do znaków towarowych na przykładzie ''General Motors Tampons'' (0:20 min.). Scena została zobrazowana w sposób komiczny, mający na celu ukazać absurdalność dokumentu, jednak autorzy nie byli do końca szczerzy w swoim przekazie. W rzeczywistości ochrona znaków firmowych odróżniających od siebie poszczególne przedsiębiorstwa nie powinna w żaden sposób gorszyć. Każdy winien przyznać, że bezprawne użycie na produkcie np. loga Adidas jest formą kradzieży. Warto podkreślić, że kontrowersyjny dokument w tej kwestii nie wprowadza tak właściwie niczego nowego. Na mocy porozumienia TRIPS z 1994 roku, do którego Polska przystąpiła w 2000 roku, sygnatariusze są zobowiązani do prawnej ochrony znaków towarowych (sekcja 2, art. 15).

Następnie poruszono problematykę zdefiniowania własności intelektualnej (0:50 min.), którą autor świadomie zrównuje z własnością materialną, tym samym dochodząc do wniosku, że niematerialna rzecz nie może zostać skradziona (a tym samym skopiowanie np. muzyki nie jest przestępstwem). Kolejnym przekłamaniem jest twierdzenie, że opisywana umowa w żaden sposób nie wyjaśnia znaczenia własności intelektualnej. Artykuł 5 ACTA, zawierający całą terminologię aktu, dosyć jasno stwierdza, że pojęcie tejże własności odnosi się do wszystkich kategorii własności intelektualnej zawartych w sekcjach 1-7 drugiej części porozumienia TRIPS. Gwoli wyjaśnienia możemy przyjąć, że są to wynalazki, produkty i procesy zawierające element wynalazczy i nadają się do praktycznego zastosowania (sekcja 5, art. 27) np. fonogramy, badania, programy komputerowe, oznaczenia geograficzne czy wcześniej wspomniane znaki towarowe. Jednocześnie art. 9 tego samego dokumentu podkreśla, że własnością intelektualną nie może być sama w sobie: idea, metodologia czy wzór matematyczny, co kłóci się z wnioskami wyciągniętymi przez Anonymous.

Chyba najbardziej znaną sytuacją z filmu będzie ta o przekazaniu przepisu na kurczaka (1:35 min.). Lekkie zażenowanie wzbudził we mnie fakt, kiedy wczorajszej nocy w audycji radiowej jeden ze słuchaczy, podczas dyskusji dotyczącej ACTA, wspomniał o tym właśnie przykładzie. Jak widać, przeciwnicy tej umowy jedyną argumentację, którą posiadają, wynoszą z mało poważnych materiałów internetowych. W art. 3 ACTA dowiadujemy się o relacjach pomiędzy treścią umowy, a jej wpływem na prawodawstwo sygnatariusza - mianowicie o braku kolizji oraz pierwszeństwie prawa danego państwa. Mówiąc o Polsce, najodpowiedniejszym aktem normatywnym w tej dziedzinie będzie ustawa z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych. W tejże ustawie znalazłoby się przynajmniej kilka punktów ratujących nas przed wymiarem sprawiedliwości, jednak w tym przypadku wystarczające jest przytoczenie samego art. 23 (ust. 2. Zakres własnego użytku osobistego obejmuje korzystanie z pojedynczych egzemplarzy utworów przez krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego.). Warto również wspomnieć, że przepis kulinarny jest metodą, więc w myśl TRIPS nie może być zaklasyfikowany w poczet własności intelektualnych.

W swojej analizie nie doszedłem nawet do połowy apelu Anonymous. Ilość napisanego tekstu pokazuje jednak, ile niedopowiedzeń, a także świadomych przekłamań występuje w tym materiale. Kolejnym z takich fałszerstw jest ostrzeżenie przed całkowitym monitoringiem obywatela (2:25 min.), które jest jednocześnie jednym z chętniej cytowanych argumentów przez przeciwników ACTA. Według nich nie tylko państwo będzie dopuszczało się świadomej inwigilacji społeczeństwa, ale także sami dostawcy internetu, którzy w razie podejrzenia odetną nam połączenie. W rzeczywistości, treść umowy nie zawiera ani jednego z wymienionych narzędzi. Oznacza to tyle, że metodologia działania, mająca na celu skuteczną ochronę własności intelektualnej, pozostaje w decyzji organów ścigania danego państwa. Naturalnie, w razie potrzeby podmioty prawodawcze mają możliwość wprowadzenia określonego modelu postępowania (włączając w to odłączenie sieci lub narzucenie na dostawców internetu dodatkowych obowiązków), jednak wynika to tylko i wyłącznie z suwerenności każdego kraju. W moim przekonaniu brak jednoznacznego wymogu takich działań nie motywuje wystarczająco sygnatariusza do wcielenie w życie tych narzędzi. Z tego też powodu nie sądzę, aby po przyłączeniu się Polski do umowy zaszły w tej kwestii znaczące postępy.

Przejaskrawionymi sytuacjami możemy też nazwać opublikowanie filmu, w tle którego możemy usłyszeć piosenkę chronioną prawami autorskimi (3:12 min.). Jak w przypadku przepisu kulinarnego tak i w tym przypadku nie ma widocznych śladów przestępstwa (ponieważ na mocy art. 1 zarówno fotografia jak i filmowy materiał są objęte prawami autorskimi). Co ciekawe, polskie prawo nie reguluje także zjawiska nagrywania kamerą filmów z salach kinematograficznych (ang. camcording). Dlatego też film czy zdjęcie kota z logiem Pepsi - nawet amatorskie - mają charakter twórczy i są objęte ochroną prawną. Dozwolone przez prawo polskie jest także cytowanie wypowiedzi i fragmentów gazet (art. 29 ust. 1. Wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki rozpowszechnionych utworów lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym wyjaśnianiem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości.).

Jak już wcześniej wspomniałem, ACTA nie narzuca sygnatariuszowi konkretnych narzędzi do działania. Tym bardziej twierdzenie, że właściciele stron internetowych będą zmuszeni do kontroli własnej zawartości (3:35 min.) jest bezpodstawne. Powołanie się na zagrożenie m.in. Twittera jest o tyle śmieszne, że ten należy do INTA (International Trademark Association), która z kolei w czerwcu ubiegłego roku zaakceptowała ostateczny kształt umowy ACTA. Za mało śmieszne? Warto też dodać, że zaciekle walczące z umową Anonymous chwali się swoimi osiągnięciami właśnie na łamach Twittera. Oczywiście, możemy spodziewać się interwencji w sprawie serwisów hostujących pliki, które nagminnie łamały prawa autorskie (jak MegaUpload). Mimo pewnych wątpliwości uważam, że strony typu YouTube czy Imageshack nie muszą obawiać się zagrożenia ze strony wymiaru sprawiedliwości.

Ważną kwestię, którą poruszył autor filmu i z którą po części mogę się zgodzić jest geneza samej umowy handlowej i interesów, które ona chroni. Przekłamaniem ze strony Anonymous jest stwierdzenie, że artyści i bezpośredni twórcy na umowie stracą (3:57 min.). Z pewnością ich zyski będą nieporównywalnie mniejsze od szacowanych korzyści, jakie otrzymają producenci i koncerny. Mimo wszystko działanie (nawet o małej sile) zmierzające do ograniczenia bezprawnego handlu, a tym samym likwidacji szarej strefy, zaowocuje profitami każdej ze stron. Należy zaznaczyć, że nie tylko artysta, ale także producent ma prawo do ochrony swojej własności intelektualnej. Nie wykluczam, że ACTA była pewną formą lobbyingu i wynikiem zaangażowania znaczących korporacji (4:20 min.). Umowa ta jest przeze mnie negatywnie odbierana z powodu swojej stricte liberalnej formy, jednakże w żaden sposób nie może usprawiedliwiać to kradzieży dóbr oraz ich nielegalnego obrotu.

Zbliżając się do końca mojej analizy (która przy odrobinie chęci mogłaby być znacznie dłuższa) poruszę kwestię cenzury internetu, jaka według autora miałaby nas spotkać po podpisaniu przez Polskę ACTA (5:12 min.). Demokracja rządzi się pewnymi, niezbywalnymi prawami. Należą do nich prawa obywatelskie, między innymi swoboda zrzeszeń czy wolność słowa. Treść umowy podkreśla i szanuje te wartości. Poza tym, gdyby wszystkie obawy przedstawione w apelu Anonymous okazałyby się uzasadnione, ACTA funkcjonowałaby w sprzeczności z Konstytucją RP co jest niemożliwe z prawnego punktu widzenia. Musimy również pamiętać o tym, o czym Anonymous zdaje się zapomniał. Opinie, w tym także wypowiedzi krytyczne są przedmiotami prawa autorskiego. Tym zabawniejsze wydaje się stwierdzenie, że umowa mająca na celu ochronę własności intelektualnej mogłaby ją naruszać.

Niepozorny szum, który urósł dziś do problemu na skalę całego kraju, z pewnością byłby do uniknięcia, gdyby konsultacje nad umową od początku cechowała przejrzystość. Nie uważam jednak, aby kampania informacyjna cokolwiek zmieniła. Po pierwsze nie widzę powodu, aby w tej konkretnej kwestii była potrzeba takiej edukacji. Powiedzmy sobie szczerze - czy przeciętnego obywatela interesują umowy międzynarodowe, które zawiera nasz kraj? Co tak właściwie było punktem zapalnym sporu? Myślę, że poniekąd socjotechnika, po części natomiast natura zakompleksionego ''polaczka'', którego łatwo zmanipulować - zwłaszcza kiedy wygodnie mu ze swoją głupotą. Kiedy wybuchła lawina oszczerstw pod adresem inicjatorów ACTA i rządu, mało kto wpadł na genialny w swej prostocie pomysł przeczytania treści umowy. Za to całkiem ochoczo banda niedojrzałych na umyśle osób wraz ze swoimi małymi szabelkami ruszyła wykrzykując rewolucyjne hasła i porównując się do przodków walczących niegdyś o wolność Polski. Nie jest to powód do dumy (mam na myśli m.in. aprobatę dla ataków hakerów na strony rządowe) i niewiele ma to wspólnego ze współczesnym patriotyzmem. Nie nazywajmy też tych auto-destruktywnych ruchów, jak to usłyszałem dzisiaj w stacji TVN, kształtowaniem się postaw społeczeństwa obywatelskiego. Z całym szacunkiem, banda okładających się kijami szympansów z mlekiem pod nosem w żaden sposób nie przypomina mi swoją formą prób tworzenia się świadomości społecznej.

Można by powiedzieć, że przykład idzie z samej góry. Posłowie w tej kwestii również nie powstrzymali się od wykorzystania sytuacji, jako orężu w walce przeciwko oponentom. Na nagrodę Darwina zdecydowanie zasługuje Prawo i Sprawiedliwość, które od dawna znane było ze swoich zapędów wsadzania obywateli za kraty, co z resztą udowodnili głosując 2010 roku w Parlamencie Europejskim za umową ACTA (zgodnie z PO i PSL). Dzisiaj jednak ''sprawiedliwi'' zapomnieli o tym fakcie, zaczęli za to dostrzegać zagrożenie dla ludzkości i domagać się debaty publicznej w sprawie ACTA. Na łamach Europy, w najlepszym świetle według mnie pokazała się polska lewica (SLD i UP), która jako jedyna głosowała za rezolucją, do dziś podtrzymując swoje zdanie.

Po dość długim wywodzie uważam, że temat nadal jest niewyczerpany. Nie sądzę, abym do kwestii ACTA jeszcze wrócił (chyba, że wydarzy się coś wartego uwagi). Mam jednak nadzieję, że rozwiałem kilka mitów, które urosły wokół umowy. Na zakończenie zamieszczam niektóre ze źródeł, które wykorzystałem do swojej pracy:
  1. Anti-Counterfeiting Trade Agreement (ACTA)
  2. Trade-Related Aspects of Intellectual Property Rights (TRIPS)
  3. Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r.
  4. International Trademark Association (INTA) wobec ACTA
  5. ''No to ACTA'' - Apel Anonymous (YouTube)
  6. Gazeta Wyborcza: Głosowanie w Parlamencie Europejskim
  7. Gazeta Wyborcza: B. Lenkowski, ''O ACTA inaczej''