22 sierpnia 2010

Biuro przepustek

Wraz z przyjazdem do chełmskiej jednostki oraz pogłębiającym się kryzysem w armii, systematycznie służby każdego rodzaju pozostawiano nam, szeregowym. Gwoli wyjaśnienia, żołnierz zawodowy za służbę np. dyżurnego kompanii ma wypłacaną dniówkę (zdaje się 50-80 złotych), natomiast niewolnicy naszego pokroju robią to charytatywnie ;)

Tym oto sposobem poznaliśmy swoje nowe funkcje, oczywiście nie obyło się bez emocji i życiowych historii. Dzisiaj opiszę stresującą służbę dyżurnego biura przepustek. We wcześniejszym poście z cyklu ''opowiadań o wojsku'' wspomniałem o specyficznym położeniu jednostki w Chełmie, mianowicie ulicy oddzielającej stołówkę od pozostałych obiektów. Z tego powodu funkcjonowały dwa biura przepustek, miałem tą przyjemność w obydwóch służyć i prawdę mówiąc, od tej pory nie chciałem mieć nic z nimi wspólnego^^

Służba BP nr. 1:

Nie specjalnie się do niej zgłaszałem, ale padł rozkaz - mus wykonać. Służbę miałem pełnić z kolegą z innego plutonu, Plemnikiem. Był nieprzewidywalną, ale bardzo ciekawą osobistością. Pieczę nad nami sprawował Plutonowy z kompanii rozpoznania - przy bliższym obcowaniu z nim wychodziła na jaw jego fascynacja bronią białą i zdrowym trybem życia.

W teorii naszym obowiązkiem było sprawdzanie przepustek pracowników chcących wejść/wyjść z jednostki wojskowej oraz wciskanie magicznego przycisku do podnoszenia szlabanu gdy ktoś przejeżdżał pojazdem. 

Pierwsza moja myśl - Niczego nie zwalić. Przypomniała mi się też opowieść znajomego, którego kolega przed laty był na służbie w BP. Był on w o tyle komfortowej dla siebie sytuacji, że jego budka znajdowała się na tyłach jednostki i nikt tą drogą nie uczęszczał. Postanowił więc się przespać. Gdy się obudził, zobaczył przed sobą starego żołnierza w mundurze. Pierwszy odruch - rzut okiem na pagony. Generał! Zaspany wstał szybko z krzesła, zdążył jedynie z siebie wyrzucić - Pppanie G... - po czym zemdlał. Niby zabawna historia, ale z perspektywy osoby trzeciej ;) Kolejna moja myśl - Obym nie spotkał Generała.

Plutonowy okazał się całkiem równym gościem. Przyniósł ze sobą mały telewizor i antenę tak więc naszym priorytetem było do końca dnia łapać jak najlepszy odbiór sygnału^^ Po południu zachciało mi się do sklepu. Żołnierzom bez przepustek formalnie nie było wolno opuszczać jednostki jednak przełożeni pozwalali nam przebiec się do najbliższego sklepu przy ulicy. Zatem (za pozwoleniem Plutonowego) ruszyłem. Niestety sklep był zamknięty. Pomyślałem sobie, znajdę następny, nikt nie zauważy. Poszedłem, coraz bardziej oddalając się od JW. Po jakichś dwóch kilometrach zdałem sobie sprawę, że będąc w mundurze z przypiętą plakietką mocy rzucam się trochę w oczy. Szybko do kieszeni schowałem swój identyfikator, znalazłem Biedronkę. Czym prędzej zrobiłem zakupy i szybkim chodem powróciłem na służbę. Szczęśliwie skończyło się dla mnie tylko na nerwach.

Podobnie jak w przypadku dyżurnych kompanii tak i w tej służbie dzieliliśmy się obowiązkami w nocy. Plemnik miał przejąć po mnie służbę (zdaje się) o drugiej w nocy. Tak też się stało, poszedłem do pokoju z jednym łóżkiem i zasnąłem. Nie minęło może pół godziny, a mój zmiennik mnie budzi. Wystraszony opowiedział historię rodem z polskiej komedii.

Siedzi Plemnik przy biurku, patrzy w okno, a tam jakiś pijany cywil próbuje się wdrapać po ogrodzeniu na teren jednostki. Dowiedział się, że jest on St. Szeregowym powracającym z przepustki. Pełniący służbę powiedział, że puści go przez budynek, żeby zlazł z tego ogrodzenia ponieważ są kamery i narobi sobie problemów. St. Szeregowy odmówił kontynuując swoją wspinaczkę. Skończyło się na zdjęciu jego osoby siłą i drobnej bijatyce, ostatecznie intruz uciekł^^

Nazajutrz zdanie służby. Nocny miłośnik wspinaczki górskiej ostatecznie pożegnał się ze swoją pracą, a Pleminik dostał 5 dni urlopu nagrodowego. Szczęściarz :)

Służba BP nr. 2:

Służba była jeszcze bardziej ekscytująca, myślałem że zejdę na zawał. Biuro znajdowało się przy ulicy, od strony stołówki. Ruch, o wiele mniejszy jednak plakietka mocy dawała większe możliwości. Kiedy kompanie kolejno przychodziły na posiłki, do zadań moich i kolegi było wychodzenie na środek ulicy i zatrzymywanie ruchu własnym ciałem^^ Trochę dramatyzuję, mieliśmy oczywiście kamizelki i lizaki.

Praca przebiegała spokojnie do dnia następnego, dokładniej pory obiadu. Wpuściliśmy już Starszych Szeregowych. Nudziło nam się na biurze więc z kolegą poszliśmy pod stołówkę pogadać z uciemiężonymi braćmi z OKejki (rodzaj służby na stołówce). Spokojnie bawiłem się swoim plastikowym lizakiem, który mi się wypsną, upadł na mój but, a gdy zleciał na chodnik rozleciał się w drobny mak. Starsi palący pod stołówką mieli niezły ubaw. W sumie ja z kolegą też, dopóki nie usłyszeliśmy ''naszych'' maszerujących na stołówkę. Pobiegłem do biura w poszukiwaniu taśmy po czym zabrałem się na złożenie do kupy mojego artefaktu zatrzymującego samochody. Wyrobiłem się w ostatniej chwili, sytuacja kryzysowa została zażegnana.

W tym dniu na obiad była jakaś ohydna kasza, postanowiłem więc z kolegą z BP zamówić pizzę. Pod wieczór ucztowaliśmy gadając o głupotach i głowiąc się do czego służy pewien czerwony guzik znajdujący się nad biurkiem. Zastanawiacie się gdzie jest nasz przyłożony? Sierżant z BASu (co to jest?) miał ciekawsze zajęcia do roboty niż siedzenie z nami. Za to w nocy sam dyżurował pozwalając nam spać. Tak więc wracając do tematu. Oprócz guzika, którego kolega zakazał mi przyciskać, na ziemi znajdowała się czarna skrzynka. Zajrzeliśmy do niej. We wnętrzu znajdowały się dokumenty, latarka, dwie pałki policyjne oraz urządzenie przypominające krótkofalówkę. Zastanawiałem się jak się ją włącza, dokładnie obejrzałem, powciskałem coś jednak nikt się nie odezwał. Odłożyliśmy cały sprzęt z powrotem do skrzynki. Po chwili zadzwonił do nas telefon. Padło na kolegę więc go odebrał, po chwili odłożył słuchawkę i poinformował mnie czym była ta tajemnicza ''krótkofalówka''. Bynajmniej, nie urządzeniem do komunikacji. Oświadczył mi, że włączyłem alarm w Sztabie. Zadzwonił do niego oficer jednostki z tekstem - Co kurwa? Już się pizze zamawia?! Po dłuższej analizie doszliśmy też do czego służy guzik nad biurkiem. Za pewne cięty oficer pomyślał, że przez przypadek pudełkami z pizzą wcisnęliśmy przycisk ze ściany (który też był alarmem). Skąd mógł bowiem przypuszczać, że trafi się taki zdolny żołnierz, który wyciągnie ze skrzynki alarmowej urządzenie nieznanego pochodzenia i będzie próbował je włączyć?

Kolega po całej przygodzie stwierdził, że jak znowu trafi na służbę ze mną to zejdzie z tego świata. Tak się złożyło, że miał tą przyjemność, przeżył do końca ;)

Ten artykuł jest jednym z wielu tekstów cyklu ''Zasadniczej Służby Wojskowej''. Zapraszam do lektury. 

0 comments: