Potocznie zwana ''okejką'' była jedną z rodzajów służb i zarazem jedyną, w której spędziłem tyle czasu. Zaczęło się od niezapowiedzianych badań na kompanii, oczywiście znalazłem się wśród wylosowanych ''szczęściarzy''. Poszła plotka, że te osoby zostaną wkrótce wysłane na poligon. Pamiętam, że tego dnia wracałem z przepustki, niezła informacja na powitanie zwłaszcza, że obiecałem komuś studniówkę ;) Perspektywa marznięcia na jakimś zadupiu przez miesiąc nie bardzo mi pasowała. Szczęśliwie pogłoski zdementowano, część osób została wysłana na badania aby móc pracować na stołówce - jakaś połowa z pozostałych osób miała wyjechać na poligon. Tym sposobem trafiłem do obsługi kuchni.
Wbrew wyobrażeniom nie mieliśmy tam gotować. Do naszych zadań należało utrzymanie porządku na terenie stołówki (zamiatanie, zmywanie naczyń, wyładunek towaru etc.). Naszym głównym przełożonym był pewien Chorąży w podeszłym wieku. Nie mam pojęcia czemu większość ludzi się go bała - swój chłop. Oprócz nas na stołówce było też kilku kucharzy ze starszego poboru i oczywiście stare kobiety opieprzające się i podlizujące ''szefowi'' (wspomniałem o nich we wcześniejszej notce), z którymi w późniejszym czasie sporo się awanturowaliśmy^^ Służba rozpoczynała się o 18.00, kiedy sprzątnęliśmy stołówkę po kolacji mogliśmy wracać na kompanię i się przespać - wielki plus. Nazajutrz przed śniadaniem szybki powrót do służby zanim do pracy przyjedzie Chorąży.
Czasami po kolacji ciężko było wrócić, niektórych kusił sklep monopolowy, inni przepadali bez śladu ;) Pewnego dnia wieczorem czekaliśmy na kolegów (Duch, Patryk, Tołdi) aż wrócą ze służby i po znajomości przemycą nam jedzenie. Minęła godzina, dwie a ich nie widać. Na chwilę przed capstrzykiem wparowali z impetem. Nie uwierzycie co nam się przydarzyło! Faktycznie, historia niebanalna. Kiedy sprzątnęli stołówkę po kolacji, ubrali się i zmierzali na kompanię. Humor im dopisywał więc po drodze zaczęli śpiewać piosenkę ''Żono moja'' (link). Bardzo troskliwy przechodzień widząc wynaturzonych kolegów zadzwonił na policję, po kilku minutach przyjechał radiowóz, zapakowano ich do środka i wywieziono na posterunek (na badanie alkomatem rzecz jasna). Pełen temperamentu Ducho zdążył jeszcze na miejscu pokłócić się z policjantem. Szczęśliwie euforia nie była spowodowana procentowymi trunkami, wynik: 0 promili. Na pożegnanie odwieziono ich pod jednostkę wojskową i wręczono kwitki z wynikiem pomiaru alkomatu. Sztuka wymaga poświęceń jak to się mówi, do tematu.
Obsługa kuchni bez wątpienia była najbardziej męczącą ze służb. Ponadto na początku wymaganie badania miało koło 20 osób, codziennie 4 osoby na służbę. Przez najbliższe tygodnie nie mieliśmy co marzyć o przepustkach na weekend. Z upływem czasu wyznaczano 3 osoby na służbę, również skierowano więcej osób na badania. Specyficzna praca niosła też ze sobą wiele korzyści. Po pierwsze noce do spania. Po drugie, w myśl zasady ''Jak najdalej od Sztabu!'' - będąc na stołówce podlegaliśmy tylko Chorążemu. Kiedy odwaliliśmy robotę mieliśmy czas wolny. Kiedy było dużo roboty zaszywaliśmy się w najciemniejszych kątach i zasypialiśmy (potem tylko wkur* Chorąży nas wyłapywał^^). Kolejną zaletą jest jedzenie. Podkradało się jogurty, soki, batony, nie wspominając, że po posiłkach zostawało mnóstwo jedzenia i jedliśmy ile dusza zapragnie. Z czasem rozpoczął się handel - sprzedaż jedzenia w zamian za najmniej stabilną walutę w jednostce - papierosy. Oczywiście drużyna mająca u siebie pracownika okejki dostawała wszystko za darmo :)
Plan pracy na stołówce był w miarę przewidywalny. Po posiłkach pozmywać naczynia, podłogę, wytrzeć/ustawić stoły, umyć kible, odwiedzić Mc Donald. Niestety nie była to znana sieć barów z fast foodem. Potocznie był tak nazywany duży kontener na tyłach stołówki, do którego wyrzucaliśmy resztki z posiłków. W rzeczywistości wiele jedzenia się marnowało. Kompanie czasami nie zjadały nawet połowy przygotowanej żywności. Jednym z naszych obowiązków było wyrzucanie tych pozostałości.
Średnio raz podczas służby jechaliśmy na teren jednostki po zaopatrzenie. Magazyn obsługiwał bardzo oryginalny cywil, z dużym poczuciem humoru. Wydawał nam dzienny przydział jedzenia, który zawoziliśmy na stołówkę. Warto też wspomnieć o rodzajach transportu, które zaprzeczają zasadom ewolucji. Pierwsze wyjazdy były starami, wojsko zaczęło oszczędzać na paliwie więc kolejnym pojazdem była mała furgonetka z chłodnią. Swojej szansy doczekał się później wysłużony żuk. Z wrażenia padłem jak przyszło nam wozić towar pojazdem WAKu (średniej wielkości przyczepa z silnikiem, kołami i kierownicą). Oczywiście nie były to ogólnie przyjęte standardy przewożenia żywności ;) Pod koniec zasadniczej służby wojskowej problem został rozwiązany. Zakupiono dla nas plastikowe wiadra z uchwytami, łącząc je z pracą naszych mięśni (i brakiem zapotrzebowania na paliwo) byliśmy najlepszym środkiem transportu, zaaprobowanym przez wojsko.
To tyle jeśli chodzi o obsługę kuchni. Dodam od siebie, że najdłużej pełniłem tą właśnie służbę, której zawdzięczam spokojną wegetację na kompanii zamiast pracy od świtu do nocy na poligonie (z jednej strony szkoda, z drugiej przeżycia kolegów nie należały do najprzyjemniejszych). Niestety w mojej kolekcji nie znalazłem zdjęć z samej stołówki więc zamieszam fotografię przedstawiającą Adasia wracającego ze mną ze służby. Skąd jego uśmiech? W tle możecie zobaczyć plac apelowy, a na nim wszystkie nasze łóżka i szafki (alarm PPOŻ - jedyna dozwolona broń do znęcania się nad żołnierzami za brud na kompanii :)
Ten artykuł jest jednym z wielu tekstów cyklu ''Zasadniczej Służby Wojskowej''. Zapraszam do lektury.
Ten artykuł jest jednym z wielu tekstów cyklu ''Zasadniczej Służby Wojskowej''. Zapraszam do lektury.

0 comments:
Prześlij komentarz