''Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać''. Słowa E. Hemigway'a doskonale oddają charakter historii przedstawionej w tej zaledwie 26-odcinkowej adaptacji mangi autorstwa G. Abe pt. Rainbow. Żyjąc w czasach, w których kultura masowa wypacza obraz anime jako pewnego rodzaju sztuki, ciężko jest dostrzec perły tego urokliwego gatunku. Po obejrzeniu serii o pełnym tytule Rainbow: Nisha Rokubou no Shichinin sądzę, że moje trudy zostały wynagrodzone. W pewnym stopniu apetytu dodaje fakt, że anime (które gwoli wyjaśnienia zakończyło swoją emisję 29 września) powstało dzięki studiu MADHouse, twórcy takich produkcji jak Death Note, Texhnolyze czy słynnej Papriki - pozycji jak najbardziej obowiązkowych. Dalsza rekomendacja miłośnikom anime powinna być zbędna, przejdźmy zatem do dalszej części artykułu.
Akcja anime rozgrywa się w powojennej Japonii roku 1955, gdzie żyjące jeszcze świeżą przeszłością społeczeństwo jest zmuszone zaadaptować się do nowej, pozbawionej większych perspektyw rzeczywistości. W na pozór surowym świecie grupie tytułowych przyjaciół przyszło się zmierzyć z przeciwnościami losu. Z powodu kilku wykroczeń szóstka młodzieńców zostaje skazana na przymusowy pobyt w zakładzie dla małoletnich Shio. Na miejscu, w przydzielonej celi spotykają tajemniczego mężczyznę, który staje się ich mentorem nie tylko w świecie więziennych krat, ale także w prawdziwym życiu.
Jak nie trudno się domyślić cała seria traktuje o losach siedmiorga mężczyzn. Możemy wyróżnić w niej dwa etapy. Pierwszy, niejako ''wprowadzenie'', opowiada historię pobytu w zakładzie poprawczym. Drugi natomiast swoim obszarem obejmuje perypetie przyjaciół na wolności i ich starania w osiągnięciu zamierzonych przed laty celów. Cenię sobie anime ambitne wnoszące do życia wiele idealistycznych wniosków, które można w późniejszym czasie poddać do interpretacji.
Na początek rozwinę swoją myśl ze wstępu gdzie zaznaczyłem pewne podobieństwa w stosunku do książki pt. Stary Człowiek i Morze (mam nadzieję, wszystkim znanej). Animowana historia studia MADHouse jest o ludziach walczących, bezużytecznych w oczach społeczeństwa jednak mających marzenia i idee, o które są gotowi zginąć. Tego rodzaju nieugiętość, daleka z drugiej strony od upartości, mi osobiście bardzo imponuje. O sentymencie do danej książki, filmu bądź też innej produkcji mówimy w perspektywie czasu. Omawiane anime pomimo swoje świeżości budzi we mnie dawne wspomnienia. Poniekąd właśnie moje doświadczenia związane z pobytem w wojsku umożliwiają mi zrozumieć solidne więzi pomiędzy osadzonymi w niewoli bohaterami anime. Ograniczenie wolności sprzyja braterskim relacjom pomiędzy współwięźniami. Dlatego też ich wzajemne interakcje, a także późniejszy sposób postępowania jest jak najbardziej uzasadniony.
Bez wątpienia Rainbow: Nisha Rokubou no Shichinin należy do grona produkcji z wyższej półki. Ale w pewnym sensie traktuję też ten tytuł jako diament o nie całkiem udanym szlifie. Szczerze, w okolicach środka całej serii moje obawy względem tej produkcji się powielały. Płynąc z prądem w rzece opinii miłośników anime na temat narratora mam wielki żal o zaistniałą sytuację. Pomińmy sam fakt, że jego rola nie pozwalała jednocześnie odbiorcy na wyciągnięcie samodzielnych wniosków. Nie chcę się nawet zastanawiać kto wpadł na błyskotliwy pomysł, aby w tak ciężkim anime o świecie pełnym przemocy swoje monologi prowadził słodki do bólu dziewczęcy głos, domniemam że trzynastolatki. Ta z początku mała rysa, w końcowych odcinkach wyryła mi porządny kanion w psychice. Zdecydowanie uważam, że męski głos narratora przyjąłby się bardziej (a co za tym idzie pozytywnie) wśród widowni. Nie miałem tej przyjemności zapoznać się z mangą jednak sugerując się openingiem mogę podejrzewać, że w serii ominięto losy jednego z głównych bohaterów, mianowicie T. Tooyamy (zwanego też Heitai - Żołnierz). Darujmy sobie dalszy monolog. Pora przejść do analizy od czysto technicznej strony anime.
Oprawę graficzną uważam za bardzo dobrą, jednak w niektórych momentach potrafi zniechęcić odbiorcę swoją prostotą. Wychodzę z założenia, że żyjemy w czasach zaawansowanej techniki - dlatego też wymagam od każdego debiutującego anime wysokich standardów jeśli chodzi o poziom kreski, a także całej animacji. Rainbow w tym zagadnieniu spisuje się bardzo dobrze. Biorąc pod uwagę potencjał jaki sobą ten tytuł reprezentuje sądzę, że mogło być jeszcze lepiej. Część winy leży po stronie szanowanego przeze mnie studia MADHouse, które w tym samym czasie pracowało nad popularnym anime o fetyszach Japończyków pt. Highschool of the Dead. Z bólem muszę przyznać, że ''odgrzany Resident Evil'' bardziej ujął mnie swoim poziomem grafiki. Jeśli natomiast miałbym przytoczyć najpiękniej wykonaną scenę w całej omawianej przeze mnie serii, bez namysłu podałbym tą ostatnią - majstersztyk w każdym calu. Jako miłośnik anime, dla takich chwil właśnie żyję.
O ścieżce dźwiękowej wypowiem się krótko. Również jak w przypadku oprawy wizualnej, soundtrack zawiera muzykę wysokiej jakości jednak nie wybitnej przez co z upływem czasu można o niej zapomnieć. Uważam, że na pochwałę zasługują natomiast piosenki, których użyto przy openingu oraz endingu. We're Not Alone w wykonaniu Coldrain jest utworem żywym, a co najważniejsze treścią ściśle nawiązującym do całej esencji anime. Kończąc każdy z odcinków mamy możliwość odsłuchania skróconej wersji A Far-Off Distance zespołu Galneryus, która w odróżnieniu od energicznego openingu jest raczej stonowaną i spokojną piosenką.
Pomimo kilku potknięć studia MADHouse, anime Rainbow: Nisha Rokubou no Shichinin uważam za jedno z lepszych jakie miałem przyjemność w swojej karierze obejrzeć. Z pewnością natomiast odradzam tą serię osobom ceniącym sobie akcję, bijatyki czy sielankowe nastroje występujące w romansach. Tytuł skierowany raczej dla wymagających miłośników anime, którzy uwielbiają złożone historie zwykłych ludzi. W każdym razie, nie można przejść obojętnie obok tej pozycji - stanowczo polecam.
Akcja anime rozgrywa się w powojennej Japonii roku 1955, gdzie żyjące jeszcze świeżą przeszłością społeczeństwo jest zmuszone zaadaptować się do nowej, pozbawionej większych perspektyw rzeczywistości. W na pozór surowym świecie grupie tytułowych przyjaciół przyszło się zmierzyć z przeciwnościami losu. Z powodu kilku wykroczeń szóstka młodzieńców zostaje skazana na przymusowy pobyt w zakładzie dla małoletnich Shio. Na miejscu, w przydzielonej celi spotykają tajemniczego mężczyznę, który staje się ich mentorem nie tylko w świecie więziennych krat, ale także w prawdziwym życiu.
Jak nie trudno się domyślić cała seria traktuje o losach siedmiorga mężczyzn. Możemy wyróżnić w niej dwa etapy. Pierwszy, niejako ''wprowadzenie'', opowiada historię pobytu w zakładzie poprawczym. Drugi natomiast swoim obszarem obejmuje perypetie przyjaciół na wolności i ich starania w osiągnięciu zamierzonych przed laty celów. Cenię sobie anime ambitne wnoszące do życia wiele idealistycznych wniosków, które można w późniejszym czasie poddać do interpretacji.
Na początek rozwinę swoją myśl ze wstępu gdzie zaznaczyłem pewne podobieństwa w stosunku do książki pt. Stary Człowiek i Morze (mam nadzieję, wszystkim znanej). Animowana historia studia MADHouse jest o ludziach walczących, bezużytecznych w oczach społeczeństwa jednak mających marzenia i idee, o które są gotowi zginąć. Tego rodzaju nieugiętość, daleka z drugiej strony od upartości, mi osobiście bardzo imponuje. O sentymencie do danej książki, filmu bądź też innej produkcji mówimy w perspektywie czasu. Omawiane anime pomimo swoje świeżości budzi we mnie dawne wspomnienia. Poniekąd właśnie moje doświadczenia związane z pobytem w wojsku umożliwiają mi zrozumieć solidne więzi pomiędzy osadzonymi w niewoli bohaterami anime. Ograniczenie wolności sprzyja braterskim relacjom pomiędzy współwięźniami. Dlatego też ich wzajemne interakcje, a także późniejszy sposób postępowania jest jak najbardziej uzasadniony.
Bez wątpienia Rainbow: Nisha Rokubou no Shichinin należy do grona produkcji z wyższej półki. Ale w pewnym sensie traktuję też ten tytuł jako diament o nie całkiem udanym szlifie. Szczerze, w okolicach środka całej serii moje obawy względem tej produkcji się powielały. Płynąc z prądem w rzece opinii miłośników anime na temat narratora mam wielki żal o zaistniałą sytuację. Pomińmy sam fakt, że jego rola nie pozwalała jednocześnie odbiorcy na wyciągnięcie samodzielnych wniosków. Nie chcę się nawet zastanawiać kto wpadł na błyskotliwy pomysł, aby w tak ciężkim anime o świecie pełnym przemocy swoje monologi prowadził słodki do bólu dziewczęcy głos, domniemam że trzynastolatki. Ta z początku mała rysa, w końcowych odcinkach wyryła mi porządny kanion w psychice. Zdecydowanie uważam, że męski głos narratora przyjąłby się bardziej (a co za tym idzie pozytywnie) wśród widowni. Nie miałem tej przyjemności zapoznać się z mangą jednak sugerując się openingiem mogę podejrzewać, że w serii ominięto losy jednego z głównych bohaterów, mianowicie T. Tooyamy (zwanego też Heitai - Żołnierz). Darujmy sobie dalszy monolog. Pora przejść do analizy od czysto technicznej strony anime.
Oprawę graficzną uważam za bardzo dobrą, jednak w niektórych momentach potrafi zniechęcić odbiorcę swoją prostotą. Wychodzę z założenia, że żyjemy w czasach zaawansowanej techniki - dlatego też wymagam od każdego debiutującego anime wysokich standardów jeśli chodzi o poziom kreski, a także całej animacji. Rainbow w tym zagadnieniu spisuje się bardzo dobrze. Biorąc pod uwagę potencjał jaki sobą ten tytuł reprezentuje sądzę, że mogło być jeszcze lepiej. Część winy leży po stronie szanowanego przeze mnie studia MADHouse, które w tym samym czasie pracowało nad popularnym anime o fetyszach Japończyków pt. Highschool of the Dead. Z bólem muszę przyznać, że ''odgrzany Resident Evil'' bardziej ujął mnie swoim poziomem grafiki. Jeśli natomiast miałbym przytoczyć najpiękniej wykonaną scenę w całej omawianej przeze mnie serii, bez namysłu podałbym tą ostatnią - majstersztyk w każdym calu. Jako miłośnik anime, dla takich chwil właśnie żyję.
O ścieżce dźwiękowej wypowiem się krótko. Również jak w przypadku oprawy wizualnej, soundtrack zawiera muzykę wysokiej jakości jednak nie wybitnej przez co z upływem czasu można o niej zapomnieć. Uważam, że na pochwałę zasługują natomiast piosenki, których użyto przy openingu oraz endingu. We're Not Alone w wykonaniu Coldrain jest utworem żywym, a co najważniejsze treścią ściśle nawiązującym do całej esencji anime. Kończąc każdy z odcinków mamy możliwość odsłuchania skróconej wersji A Far-Off Distance zespołu Galneryus, która w odróżnieniu od energicznego openingu jest raczej stonowaną i spokojną piosenką.
Pomimo kilku potknięć studia MADHouse, anime Rainbow: Nisha Rokubou no Shichinin uważam za jedno z lepszych jakie miałem przyjemność w swojej karierze obejrzeć. Z pewnością natomiast odradzam tą serię osobom ceniącym sobie akcję, bijatyki czy sielankowe nastroje występujące w romansach. Tytuł skierowany raczej dla wymagających miłośników anime, którzy uwielbiają złożone historie zwykłych ludzi. W każdym razie, nie można przejść obojętnie obok tej pozycji - stanowczo polecam.

0 comments:
Prześlij komentarz