7 listopada 2010

Marsze

Bez wątpienia była to największa zmora podczas służby wojskowej. O ile na początku byliśmy transportowani starami czy nawet autokarami, gdzieś w okolicach zimy postanowiono zrobić nam dłuższe spacery.

Pierwsza zimowa wyprawa była zapowiedziana do punktu przeciwlotniczego, z racji naszego położenia droga wynosiła około 40 kilometrów o ile się nie mylę. Do tej pory nie żałuję swojej decyzji, aby odwiedzić izbę chorych i otrzymać zwolnienie z zajęć. W mojej decyzji utrwalił mnie widok kolegów po wspomnianym marszu. Na kompanii pozostały służby oraz ''chorzy'', reszta (łącznie z żołnierzami zawodowymi) na czele z oficerami wyruszyła. Jak się potem okazało była to podróż w jedną stronę.

Rzadko kiedy na kompanii panowała taka cisza. Siedzieliśmy wszyscy w świetlicy kiedy naszą uwagę przykuł dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Wyjrzeliśmy przez okno. Z karetki ratunkowej wypadło trzech naszych kolegów, którzy kulejąc na tą samą nogę pomaszerowali do budynku. Okazało się, że prowadzący ich oficer wyprowadził oddziały w szczere pola, na podmokłe tereny. Nie trzeba było długo czekać aby do na wpół zamarzniętych kompanów dołączyli inni, na bieżąco zwożeni przez karetkę. Jakby komedii było mało, oddziały prowadzone przez błyskotliwego oficera na koniec przepadły bez śladu. Od tej chwili karetka już nie przyjechała.

Ostatecznie, późnym popołudniem wszyscy przyjechali starami. Cel (punkt przeciwlotniczy) nie został osiągnięty, zabrakło kilku kilometrów. Był to ostatni marsz tego rodzaju i myślę, że nikt za nim nie będzie tęsknił.

Inaczej miała się sprawa w stosunku do naszej strzelnicy w Srebrzyszczach. W pewnym momencie nasz plan szkoleniowy przewidywał jej odwiedziny od poniedziałku do piątku. Pierwsze wyprawy były jednocześnie tymi najgorszymi. Zima, gruby mundur i standardowo: ładownica, karabin, hełm, maska, OP-1 i prowiant (w marszu do punktu przeciwlotniczego żołnierze zabierali również ze sobą plecak). Dowódcy nas nie oszczędzali narzucając szybkie tempo. Brak wody dawał się we znaki. Nie przypominam sobie aby kiedykolwiek taktyka na strzelnicy była bardziej męcząca od samego dotarcia na miejsce treningu. 

Wiosenne przemarsze bez zimowych kurtek były znacznie lżejsze, odciski rzadkością. Największym problemem pozostawała nadal woda, której wystarczyło na kurs w jedną stronę (cały marsz łącznie z powrotem ze strzelnicy wynosił ponad 20 kilometrów). Na szczęście był i na to sposób. Podczas przygotowywań do marszu wystarczyło schować OP-1, po której torba spokojnie pomieściła dwie butelki wody. Natomiast opakowanie po masce było świetną przechowalnią dla prowiantu. Z czasem ten patent zdemaskowali przełożeni, ale nie było z tego powodu większych konsekwencji ;) Ktoś kiedyś powiedział, że spacer to zdrowie. Muszę się pod tym podpisać, bo nic tak dobrze mnie nie wyszczupliło jak marsze na Srebrzyszcze :)

Ten artykuł jest jednym z wielu tekstów cyklu ''Zasadniczej Służby Wojskowej''. Zapraszam do lektury.

0 comments: