7 listopada 2010

Namiastki wolności

Przepustka, prawdopodobnie najbardziej pożądany po papierze toaletowym świstek papieru na kompanii. Przez niecały rok związany był z wieloma mniej lub bardziej kontrowersyjnymi historiami.

Czym jest owy dokument? Najprościej mówiąc, biletem do wolności na określony czas. Można było wyróżnić 3 rodzaje blankietów: tak zwane PJ-otki (przepustki jednorazowe, maksymalnie do 72 godzin), PS (przepustki stałe) oraz okolicznościowe np. urlopy. Swoją pierwszą 48-godzinną przepustkę otrzymaliśmy na przysiędze wojskowej. Zdenerwował mnie fakt, że ochotnicy z grudnia 2008 w tym okresie otrzymali pięciodniowe wyróżnienia. No cóż, taka polityka. Pamiętam, że ten czas dobrze wykorzystałem, niektórzy jednak mieli mniej szczęścia i pomimo upomnień dowódców wrócili do jednostki nietrzeźwi.

Sezon polowań na przepustki rozpoczął się prawdopodobnie po przyjeździe do Chełma. Po kilku dniach wywołano bez powodu kilka osób i wręczono im PJ-otki. Sami nominowani byli zdziwieni, ale nikt nie miał do nich o to żalu. Na kompanii rozpoczęło się śledztwo w jaki sposób można zdobyć przepustkę, która niewątpliwie stała się priorytetem. Dowódcy zażenowani ciągłym żebraniem rozkazali założyć dwa zeszyty - do przepustek stałych i jednorazowych.

Wpisanie się do pierwszego z zeszytów umożliwiało wyjście począwszy od 16.00 (o ile nie było w tym dniu przewidzianych innych zajęć) do 6.00 rano. Weekend zwykle bywał wolny więc formalnie były też przewidziane wyjścia od soboty godz. 16.00 do poniedziałkowej pobudki. Wymogiem otrzymania pozwolenia był podpis dowódcy w zeszycie - formalnie konkretnej osoby jednak w praktyce nie każdy był ciepło do nas nastawiony :) Zwykle listę chętnych podrzucano najbardziej lubianemu oficerowi. PS zwane inaczej ''stałkami'' nie były jednak tak popularne ponieważ nie każdemu opłacało się całą noc włóczyć się po mieście. Miałem o tyle dobrze, że w Chełmie mam rodzinę więc nie oszczędzałem sił w zdobyciu tej przepustki.

O ile ze stałek żołnierze korzystali okazjonalnie to zeszyt PJ-otek pękał w szwach. Najchętniej każdy co tydzień chciałby jechać do domu w efekcie czego dochodziło do sytuacji kiedy jedna osoba była cztery razy miesięcznie na wolności, natomiast inna ani razu. Rekordzistą był zdaje się mój kolega Mahmet, który nie starał się o przepustkę i 3 miesiące siedział na kompanii. Na jego szczęście o sytuacji dowiedział się szef kompanii i wręczył mu przepustkę. Ostatecznie doszliśmy do porozumienia gdzie każdy średnio co dwa tygodnie wracał do domu. Układ dobry, zwłaszcza że przed laty żołnierz dostawał PJ-otkę jeden raz podczas odbywania ''zetki''.

Oczywiście trafiały się ofiary losu, które nie potrafiły docenić tej sytuacji. Zdarzało się, że niektóre osoby nie docierały do jednostki wojskowej na czas. Inne osoby fałszowały podpisy przełożonych. Pamiętam sytuację kiedy kiedy jeden osobnik wiedząc, że ma służbę załatwił sobie stałkę i już ubrany po cywilnemu szedł do biurka podoficera się wypisać. Obywatele okazali się czujni - zjechano go i zawrócono, w końcu biedak musiał przygotować się do służby ;) W swoim czasie pewnego kancelistę poniosła wyobraźnia i wraz z kolegą znudzeni pracą przy biurku wypisali sobie przepustki po czym oddalili się z miejsca zbrodni. Szef kompani powróciwszy z urlopu dowiedział się o sytuacji i wygonił kancelistę do reszty ''zmecholi'' na taktyki.

Oczywiście, istniały mniej formalne sposoby na wyjście z jednostki np. tradycyjnie przez mur. Po rozliczeniu spuszczaliśmy na prześcieradłach chętnych adrenaliny kolegów, którzy po wylądowaniu na twardym gruncie nie mieli dalszych problemów z trafieniem do pobliskiego pubu. Powrót był już trudniejszy, ale to nie mój problem ;)

Ten artykuł jest jednym z wielu tekstów cyklu ''Zasadniczej Służby Wojskowej''. Zapraszam do lektury.

0 comments: