Minęły równo dwa lata od mojego wstąpienia w szeregi MONu. Przez ten czas nastąpiło wiele zmian, mimo wszystko niektóre wyniesione z wojska tradycje przetrwały do dziś. Po pierwsze jestem z tą samą dziewczyną co jest nie lada osiągnięciem ;) Po drugie nadal biegam, ostatnio trochę mniej z powodu studiów ale nadrabiam braki rowerem oraz treningami Judo. Pomimo trudności tamtego okresu rezerwista nadal tęskni za tymi czasami, dlatego też wstąpiłem do NSRu. Dzisiaj opiszą już ostatnią służbę z jaką miałem do czynienia podczas zasadniczej służby wojskowej.
Pododdział alarmowy składał się zwykle z kilku osób (nie będę podawał konkretnej liczby, bo najzwyczajniej w życiu jej nie pamiętam) i był jednocześnie najlżejszą ze służb. Grupa dzieliła się na pary, po czym w określonych nocnych godzinach każda z par budziła się, zakładała mundur i robiła 15-minutowy spacer w okolicach stołówki kończąc w łóżku (osobno, przypomina czujny autor). Oczywiście jak nazwa służby wskazuje, pododdział powinien być przygotowany na wyjątkowe sytuacje - dziwnym trafem ani Ruscy, ani Niemcy nas w tamtym okresie nie zbombardowali więc grupa wybrańców przez cały dzień zabezpieczała swoje ''wozy bojowe''.
Obowiązki były tak niedorzeczne, że dowódcy znaleźli dla pododdziału inne, szczytne zajęcie. Po kolacji osoby pełniące służbę zaopatrywały się w swoje niezbędniki po czym przychodziły na zaplecze stołówki obierać ziemniaki, aby następnego dnia jednostka wojskowa nie umarła z głodu.
Początkowo gdy przejęliśmy tą służbę od St. Szeregowych, wiązała się ona z innym znaczącym przywilejem. Formalnie osoba pełniąca jakąkolwiek służbę nie mogła jednocześnie wykonywać żołnierskiego planu dnia czyli chodzić na taktyki, a przede wszystkim na marsze (o których wspomnę w kolejnych wpisach). Szczęściarze - myślałem zakładając paso-szelki i OP-1. Oczywiście nie cieszyło mnie gdy ta tradycja została zaprzestana w chwili gdy dowódcy zaczęli i pododdział wyganiać na Serebryszcze.
Nie wiem czy mam żałować, że tylko raz służyłem w elitarnym pododdziale alarmowym, na dobrą sprawę będąc w obsłudze kuchni miałem święty spokój i świetne jedzenie (obalam w tym miejscu mit, że w wojsku słabo karmią, oczywiście wszystko zależy też od miejsca).
Ten artykuł jest jednym z wielu tekstów cyklu ''Zasadniczej Służby Wojskowej''. Zapraszam do lektury.
0 comments:
Prześlij komentarz