11 czerwca 2011

Poligon Nowej Dęby

Tak niedawno odbyły się egzaminy sprawnościowe, a już przyszedł czas pierwszej części szkoleń rotacyjnych w ramach NSR. Kontrakt przewiduje rocznie miesiąc tychże szkoleń. Minął tydzień odkąd wróciłem z pobytu - jak się okazało potem - nie w koszarach, a na poligonie w Nowej Dębie.

Prawdę mówiąc spodziewałem się pierwszej opcji. Znając niedofinansowanie i brak profesjonalizmu MON zakładałem przeleżeć dwanaście dni w Jednostce Wojskowej. Dlatego też moje pierwsze odczucia na wieść o poligonie były mieszane. Pocieszałem się myślą, że odwrotu już nie ma. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Z resztą rezerwistów przekroczyliśmy bramę biura przepustek.

Pierwszy dzień żołnierza NSR niczym się nie różnił od dnia wcielenia do zasadniczej służby wojskowej. Najpierw długa kolejka przy wypełnianiu dokumentów. Nie zagłębiając się bardziej w politykę zgodnie z rozporządzeniem MON z 22 lipca musieliśmy wyrazić zgodę na przeniesienie nas z Brygady Zmechanizowanej do Pancernej. Po tej lekkiej korekcie przeszliśmy do odbioru naszego umundurowania. Zawartość z małymi lecz pozytywnymi zmianami (wygodniejsze rękawice zimowe, czapka zimowa, pagony dla Starszych Szeregowych). Na miejscu wydano nam również na czas szkolenia hełmy oraz maski (MP-5, których nawet mój najmłodszy pobór na oczy nie widział). Nawet przy tak prozaicznych czynnościach nie obyło się bez zabawnych sytuacji. Dla jednego z rezerwistów nie znaleziono wystarczająco dużego munduru więc odesłano go na koniec kolejki. Inny natomiast osobnik przymierzał kolejny to raz z rzędu beret. Zirytowani żołnierze wydający sort mundurowy wcisnęli mu do ręki pierwszy lepszy po czym kopnęli go przysłowiowo w dupę ;)

Na poligon dotarliśmy wojskowymi autokarami. Na miejscu zostaliśmy przypisani do pododdziałów i zakwaterowani w domkach. Z perspektywy czasu uważam, że tworzyliśmy całkiem zgrany pluton. Spotkałem w nim zarówno znajome twarze (z egzaminu sprawnościowego, zasadniczej służby) jak i całkiem nowych znajomych m.in. ''niezdecydowanego pana od beretów''. Pieczę nad nami sprawowała osobiście mi znana kadra z Chełma. Nasz dowódca w stopniu Kaprala po kolacji wyczytał przydzielone nam rodzaje broni. Z lekkim zaskoczeniem, ale też zadowoleniem dostałem na stan PK (co z tego, że nie potrafiłem się nim posługiwać? miałem dużo czasu ;) Oprócz mnie było jeszcze dwóch PK-istów, kilka tak zwanych ''rur'' (z RPG-7 oraz PM na wyposażeniu) oraz tradycyjnie, rzesza strzelców AK.

Pierwszy tydzień szkolenia spędziliśmy na dziennych, a także nocnych strzelaniach. Pomimo upałów wypady na strzelnicę uważałem za całkiem przyjemne ponieważ dowożono nas Starami. Ciężar PK był w pełni rekompensowany siłą ognia podczas oddawania serii. Po wielkości karabinu spodziewałem się silniejszego odrzutu jednak zarówno on jak i hałas przy strzale nie były specjalnie odczuwalne. W pierwszych dniach najbardziej nieszczęśliwi zdawali się być żołnierze RPG, którzy z powodu zagrożenia pożarowego nie mogli użyć swoich granatników. Duże upały wpływały nie tylko na zmiany w planie szkolenia, ale także na samych ludzi. Chyba najlepsza z historii wydarzyła się podczas zwyczajnego dojazdu na strzelnicę.

Kiedy wszyscy zostali przetransportowani Starami na parking strzelnicy, zwołano zbiórkę w dwuszeregu, aby udzielić nam rutynowego instruktażu. Jak już wspomniałem poligon był otoczony lasami, tak też było w przypadku strzelnicy. Słuchając wykładu oficera o dzisiejszym rodzaju zajęć ciszę przerwał donośny głos Chorążego w stronę lasu - Żołnierzu co tam robisz? Przyjdź tu! Wśród drzew zdało się zauważyć jakąś skaczącą i biegającą sylwetkę. Żołnierz (jak się potem okazało) z pierwszej kompanii przybiegł na zbiórkę. Zdawał się być wystraszony, dyszał i nerwowo łapał się za mundur jakby chciał się poprawić. Twarz miał ubabraną w jakiejś czerwonej brei. Rzadko widzi się takie sytuacje, tym bardziej człowiek lasu wzbudził naszą ciekawość. Gdzie twoja broń żołnierzu? - Zapytał Chorąży. Roztrzęsiony żołnierz ciągle poprawiając swój pas powiedział, że broni nie pobierał. Chorąży nie odpuścił - To skąd masz ładownicę (torba przy pasie na zapasowe magazynki, zazwyczaj pobierana razem z bronią)? ''Tarzan'' (jak potem kolegę nazywaliśmy) spojrzał zdziwiony na Chorążego i odrzekł - Jaką ładownicę? Swój wzrok skierował na pas i zaskoczony zauważył, że ma przypiętą ładownice. Czy prędzej Chorąży wysłał kilku żołnierzy w las po zagubioną broń, a dziwnie zachowującego się żołnierza skierował do sanitariusza.

Przez ten incydent zajęcia na strzelnicy zostały opóźnione ponieważ te nie mogły się odbyć bez wozu sanitarnego w posiłku. Uśmiech z twarzy Sierżanta nabijającego nabojami taśmę do PK długo nie znikał gdy wyjaśniliśmy mu dlaczego został ogłoszony zakaz strzelania. Z czasem dowiedzieliśmy się, że zamiast do szpitala, ''Tarzan'' najpierw został wysłany do żandarmerii - kontrola pod kątem narkotyków nic nie wykazała. Zagadkowa maź z twarzy nie była żadną ropą, a dżemem ze stołówki.Wojsko uczy, zaskakuje, bawi.

Zajęcia na strzelnicy uważam za udane ponieważ nie forsowały tak bardzo organizmu. Jedynie nowe buty zdzierały stopy, ale do czasu. Kiedy w ostatecznej fazie szkolenia przyszła pora na zajęcia taktyczne, buty zostały rozchodzone, a nogi doleczone. Taktyka była skupiona wokół formacji drużyny z BWP (przyp. Bojowy Wóz Piechoty). Ćwiczenie wsiadania, wysiadania, zajmowania pozycji na linii strzału oraz ostatecznym otwarciu ognia do celów. W ostatnich dniach poligonu w ruch poszły nawet zakurzone RPG. W tym okresie sporo biegaliśmy, czołgaliśmy się i obijali w BWPie. Jednym z bardziej ekstremalnych doświadczeń było wysiadanie z wozu będącego w ruchu. Dwa włazy pojazdu łącznie ważą pół tony, bez problemu mogą zmiażdżyć nogi dlatego też posiadają specjalne blokady przeciw zatrzaśnięciu. Podczas jednego przejazdu trafił nam się nie do końca rozgarnięty kierowca. Kiedy kolega i będący z drugiej strony Kapral otworzyli swoje włazy, wozem ostro szarpnęło. Szczęśliwie blokady zaskoczyły. Mimo to włazy nie były tak stabilne jak się spodziewałem. Wyskakiwaliśmy przy mocnych turbulencjach, aby potem utworzyć formację. Naprawdę miało się wrażenie jakby akcja toczyła się na froncie :)

Pluton pierwszy znacząco wyróżniał się z całej kompanii. Nie tylko skład zasłużył sobie na to miano, ale również nasz dowódca, który często pełnił warty na poligonie i nie mógł się nami zająć (może to i lepiej). Często zapominano zabrać nasz pluton na strzelnicę czy inne zajęcia, a fakt ten wychodził na jaw dopiero na przeliczaniu kompanii :) Na pytania podoficera dyżurnego czemu siedzimy pod domem zwykliśmy żartować, że jesteśmy autonomiczną jednostką bez dowódcy.

Życie żołnierskie rozwijało się swoim tempem na zajęciach jednak prawdziwy rozkwit rozpoczynał się po obiedzie, w czasie wolnym kiedy to ułańska fantazja najbardziej dawała o sobie znać :) Wielokrotne kursy do kantyny, żarty, integracja z kolegami. Były wyścigi, donosy do dowódcy o domniemanym niszczeniu mienia przez pluton pierwszy. Była także gala MMA, w której brałem udział z racji trenowania Judo. Skończyło się na rozbitych kolanach, łokciach i technicznym zwycięstwie. Koledzy również dobrze sobie radzili.

W przededniu wyjazdu zorganizowano nam zawody. Ostatecznie nie miały one nic wspólnego z rywalizacją, ale marsze ubezpieczone po lesie, ostrzał ślepą amunicją i rzuty granatami gazowymi były bardzo dobrym zwieńczeniem naszego poligonu. Pogoda w tym dniu również dopisała tym bardziej cieszyliśmy się, że mamy wszystko za sobą. Często zastanawiam się co tak bardzo pociąga mnie w wojsku. Prawdopodobnie wyjątkowy klimat, który tworzą najbliżsi kompani broni. Nie zważając na trudności już myślę o listopadowym wyjeździe na Nową Dębę.

Za przelaną krew, pot i łzy. Zdrowie Rezerwistów.

1 comments:

Kai pisze...

'Zagadkowa maź z twarzy nie była żadną ropą, a dżemem ze stołówki.'
To chyba jakaś tradycja, bo na 'mini' poligonie na którym byłam też kradli dżem ;p
Chodzę do liceum do klasy wojskowej i mamy takie kilkudniowe obozy przetrwania. W przyszłości chciałabym uczyć się w szkole oficerskiej we Wrocławiu, jednak jak się nie uda to może też spróbuję w NSR ; ) pozdrawiam