Istnieją takie tytuły, które nie nużą, po których obejrzeniu widz za jakiś czas ponownie sięgnie po serię i nie będzie żałował poświęconych jej chwil. Nie inaczej jest z filmem Ghost in the Shell, który nie tylko jest królową science fiction, ale też jedną z bardziej charakterystycznych pozycji w całej historii animacji.
Film powstał w 1995 roku. Przez swoją innowacyjność, jak na owe czasy, okazał się wielkim odkryciem, a swojego twórcę, Mamoru Oshii'ego, uczynił jednym z bardziej rozpoznawalnych reżyserów anime. Oczywiście błędem byłoby umniejszać rolę człowieka, który wprowadził do projektu własną wizję i poprawki, nadając ostateczny kształt animacji studia Production I.G. Ojciec takich tytułów jak Patlabor czy skrajnie surrealistyczny Angel Egg, uważany był za jednego z bardziej niezależnych reżyserów, dlatego też jego kandydatura co do ekranizacji ostatnich rozdziałów mangi M. Shirow'a budziła liczne kontrowersje. Pomimo obaw Ghost in the Shell ukazał kunszt swojego twórcy, stając się flagowym tytułem w całej jego filmografii.
Akcja filmu dzieje się w nie tak odległej, postindustrialnej przyszłości, w której to nauka przełamała kolejne bariery (objawiające się chociażby w cybernetyzacji ludzkiego ciała). Mimo to rozwój cywilizacyjny nie idzie w parze z podniesieniem stopy życiowej społeczeństwa. Obok wysokich biurowców istnieją slumsy, a w raz z nimi grupy przestępcze czy kwitnący czarny rynek. Jak przystało na klasykę cyberpunku tak i w tym przypadku świat kręci się wokół nie zawsze uczciwej polityki oraz walki o władzę, zarówno skorumpowanych członków rządu jak i właścicieli wpływowych korporacji.
Major Matoko Kusanagi należy do Sekcji 9, jednostki specjalnej walczącej z przestępczością zorganizowaną. Choć wygląda normalnie posiada w pełni zmechanizowane ciało, zarówno przekraczające możliwości zwykłego człowieka jak i niosące ze sobą wiele zagrożeń. Wkrótce współpracując z podwładnymi będzie musiała stawić czoła nieuchwytnemu przestępcy włamującemu się do mózgów swoich ofiar, Władcy Marionetek. Niczym niewyróżniająca się sprawa z czasem zaczyna przybierać większego kontekstu niż mogłoby się to wydawać.
Ghost in the Shell jak z resztą większość filmów Mamoru Oshii'ego, ma silnie uwypuklony oddźwięk filozoficzny, który nie tylko jest widoczny w profilu psychologicznym Major, ale też w szerzej rozumianej kreacji przedstawionego świata. Cyberpunkowy klimat obdziera z jakichkolwiek wartości ludzkie ciało, zrównując je z częściami łatwymi do zastąpienia. W świecie, w którym organizm jest wyłącznie ograniczeniem, a inżynierowie mogą sztucznie poprawić naturę, życie definiowane jest jedynie ze względu na obecność mistycznego ducha, którego brak czyni cyborgi niczym więcej jak pustymi skorupami. Wychodząc z tego założenia film jest próbą odnalezienia determinantów życia, o czym świadczą nie tylko rozważania Major w scenie na łodzi, ale również manifest Władcy Marionetek.
Niekiedy oprócz podstawowej interpretacji Ghost in the Shell pewne środowiska doszukują się kolejnego znaczenia. Biorąc pod uwagę, że główną postacią jest kobieta wyzuta ze swoich biologicznych słabości, której ścieżka rozpoczyna się stworzeniem pojmowanym w kategoriach zniewolenia, a na wyzwoleniu z roli przedmiotu kończy, można dotrzeć do treści bliskich szczególnie aktywnym w tym okresie ruchom feministycznym. Film zdecydowanie powstał w odpowiednim dla siebie momencie i jak na tamte czasy wyprzedzał o kilka lat postrzeganie japońskiej animacji. Dodatkowo zbliżający się koniec tysiąclecia mógł tylko przysporzyć popularności ukazującemu zepsutą cywilizację obrazowi.
Pod kątem technicznym film do dziś robi na mnie ogromne wrażenie (osoby, które jednak nie są co do tego przekonane, mogą obejrzeć Ghost in the Shell 2.0 z odświeżoną oprawą graficzną i muzyką). Pierwszą rzeczą, która przypadła mi do gustu jest wyjątkowy design postaci, pojazdów i innych zdobyczy techniki. Mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że w każdym kadrze filmu zadbano o idealny wygląd ludzi, ich mimiki, proporcjonalności kolejnych elementów, co w efekcie zaowocowało zdumiewająco żywym obrazem. Płynność animacji imponuje nie tylko podczas scen walk, ale także w realistycznie odwzorowanej dynamice oraz anatomii bohaterów, które wyraźnie widać podczas chociażby finałowego starcia Major w muzeum.
Trudy pracy nad oprawą graficzną można również dostrzec w tak często pomijanej scenerii. Za przykład możemy przytoczyć kilkuminutową scenę miasta, która wręcz tętni realizmem i własną duszą. Choć ciężko jest wskazać inne prezentacje urbanistyki takiego formatu, mógłbym przytoczyć w tym miejscu cykl Rebuild of Evangelion, który w poruszanym temacie reprezentuje równie wysoki poziom. Miasto, w którym dzieje się akcja filmu jest dalekie od mangowego pierwowzoru. Swój wizerunek, przypominający bardziej Hong Kong niż japońską infrastrukturę, metropolia zawdzięcza reżyserowi. Jeśli już mowa o Mamoru Oshii'm, należy też wspomnieć o jego zgrabnie ukrytej w tle produkcji pasji, którą są Bassety. Jeśli zwrócimy uwagę na ten szczegół, wielokrotnie w filmowych scenach będziemy mieli okazję zobaczyć psa tejże rasy.
Ścieżka dźwiękowa jest kolejnym ważnym punktem pozycji. Już podczas pierwszej sceny stworzenia głównej bohaterki w tle rozbrzmiewa charakterystyczna muzyka z pogranicza ambientu, która w połączeniu z żeńskimi chórami dodaje niepowtarzalnego klimatu całej kompozycji i jak do tej pory jest utożsamiana wyłącznie z Ghost in the Shell. Muzykę skomponował Kenji Kawai, znany z pracy przy już wspomnianym Patlaborze czy bardziej aktualnych tytułach jak Higurashi no Naku Koro ni, Seirei no Moribito oraz The Sky Crawlers.
Zbliżając się do końca mojego wywodu uważam, że Ghost in the Shell, nawet współcześnie, może uchodzić za film wizjonerski i inspirujący, w którym Mamoru Oshii, dzięki swojemu okazałemu warsztatowi, stworzył jedną z najznamienitszych animacji. Dla miłośnika anime jest to pozycja obowiązkowa, z którą trzeba się co najmniej liczyć. Tym bardziej zachęcam wszystkich, nie obchodzących się na co dzień z tego rodzaju produkcjami, do zapoznania się z powyższym tytułem.

3 comments:
Mnie GitS zachwycił szczególnie, bo był pierwszym anime z tych które obejrzałam, w którym cytat biblijny nie był wrzucony na odwal, żeby sztucznie "pogłębić" fabułę przez takie nawiązania, ale miał sens w kontekście. Musiałam wtedy zatrzymać płytę i ochłonąć, w tak wielkim szoku byłam.
A następnego dnia zobaczyłam drugą część, Innocence, w kinie i wreszcie doceniłam Oshiiego.
Dobre rzeczy, dobre rzeczy.
W którym kinie puścili Innocence? :D Tytuł skierowany to bardzo wąskiej widowni, aż wierzyć się nie chce - z drugiej strony wychodzi na to, że mieszkam na wsi :)
To było w ramach "Przeglądu filmów anime" w wybranych Multikinach w zeszłym roku. W sobotę i niedzielę puszczali po cztery kinowe anime, między innymi właśnie Innocence. Z tej okazji też zresztą obejrzałam poprzedniego dnia pierwszą część, bo tak to kurzyłaby się dalej z innymi odkładanymi na "kiedyś" produkcjami :)
Prześlij komentarz