Choć wydawało się to niemożliwe, udało mi się napisać jeszcze jedną notę z recenzjami anime. Prawdopodobnie to już ostatni taki wpis w tym roku, dlatego nie przedłużam. Miłej lektury.
Welcome to the NHK! Jest to pierwszy, opisywany dziś tytuł i jednocześnie chyba najlepiej prezentujący się spośród ostatnio obejrzanych anime. Komedia opowiada o losach Satou, który cierpi na dosyć powszechną w XXI wieku przypadłość. Ludzie nazywani hikokomori, zaszywają się w swoich mieszkaniach w obawie przed resztą społeczeństwa. Przez ten rodzaj ''alergii'', aby całkiem odseparować się od świata, hikikomori porzucają pracę i przerywają edukację. Takim właśnie przypadkiem jest główny bohater. Pewnego dnia młodzieniec spotyka dziwną (żeby nie powiedzieć szurniętą) dziewczynę. Zawiera z nią układ, w myśl którego nieznajoma jest zobligowana wyleczyć Satou z uciążliwej choroby. Fabuła krąży wokół chorób cywilizacyjnych, charakterystycznych dla
rozwiniętych państw. Trudno więc dziwić się, że miejscem akcji został -
borykający się z licznymi problemami natury społecznej - Kraj Kwitnącej Wiśni. Komedia obfituje w różnorodność przygód głównego bohatera jak i innych poznanych przez niego osób. W anime nie braknie zabawnych scen, jak i poważniejszej refleksji nad losem bohaterów. Jednocześnie całość podana jest w sposób lekki i przystępny dla każdego. Sympatyczna produkcja w klimacie GTO czy Golden Boy przypadnie do gustu najbardziej wymagającym odbiorcom.
Higashi no Eden. Jest to stosunkowo młody tytuł (2009 rok), jednak zabrałem się za niego dopiero teraz. Być może - gdyby nie nuda i poszukiwanie odskoczni w anime - nigdy nie zapoznałbym się z tym tytułem. Zrobiłbym to bez większej straty ponieważ, mimo wysokich standardów technicznych, serial nie może pochwalić się swoją treścią (śledząc Guilty Crown, widzę tendencję spadkową Production I.G.). Początek akcji rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych, gdzie kończąca studia Saki spędza swój wolny czas. Podróż nabiera rumieńców, kiedy naprzeciwko dziewczyny staje nagi mężczyzna wymachujący bronią. Jak się potem okazuje, chłopak stracił swoją pamięć. Jedynym śladem po jego przeszłości pozostaje telefon komórkowy i tajemnicza sekretarka o imieniu Juiz. Kiedy młodzieniec odkrywa na swoim koncie kwotę ośmiu miliardów yenów, dowiaduje się, że ma to związek z niedawnymi zamachami terrorystycznymi w Japonii. Wykorzystując nowo poznaną dziewczynę wraca do kraju, aby odkryć swoją tożsamość. Przyznam, że akcja w anime porządnie mnie wciągnęła, jednak długość serialu nie pozwoliła w pełni rozwinąć się tej historii. Produkcja nie zachwyca nas postaciami, które są zaskakująco płytkie - zarówno od strony cech charakteru jak i pozbawionych logiki zachowań. Ostatni epizod rozbrzmiewa absurdem i kiczem, jak przystało na dzisiejsze serie. Dopóki nie opadła kurtyna tajemnicy głównego wątku, anime utrzymywało przyzwoity poziom. Od wieszania psów na produkcji powstrzymuje mnie jednak odwołanie się do mojego ulubionego filmu, ''Wielkiego Błękitu'' Luca Bessona ;-) Podsumowując, jest to przystępny tytuł. Niczym nie zaskakuje, jednak sprawdza się dobrze jako rozrywka.
Onigamiden. Jun jest zwyczajnym chłopcem, który za sprawą pewnego incydentu przenosi się do okresu Heian, w czasie wielkiej wojny pomiędzy ludźmi a demonami. Okazuje się on być wybrańcem posiadającym moc kontrolowania Orochi'ego - ośmiogłowego smoka. Reszty historii nie trudno się domyślić - nie ukrywajmy, że nie grzeszy ona oryginalnością. W filmie przewija się trochę japońskiej historii i kultury, jednak elementy te nie mają głębszej wymowy. Tytuł nastawiony na akcję, bardzo prostą w budowie. Niczego nieświadomy bohater zostaje osadzony w nowych realiach, poznaje przyjaciół i silnie podkreśloną postać czarnego charakteru, na końcu bierze udział w decydującej i beznadziejnej walce. Być może to tylko moje wrażenie, ale klimat w anime przypominał mi bardziej starożytne Chiny niż Japonię - oczywiście w żaden sposób nie jest to wadą produkcji. Film oglądałem z ciekawością, ale nie czuję się w żaden sposób spełniony. Jest to stosunkowo niezła pełnometrażówka fantasy, jednak istnieją znacznie lepsze pozycje tego gatunku.
Hoshi wo Ou Kodomo. Od anime wyreżyserowanego przez osobę Makoto Shinkai'a oczekiwałem wiele - trudno mi się dziwić. Najnowsza produkcja, pomimo wysokich standardów, w pewien sposób mnie rozczarowała. Pokrótce o fabule. Asuna jest zwyczajną nastolatką, która w wolnym czasie lubi zapuszczać się w pobliskie góry. Pewnego dnia zaatakował ją - wyglądem przypominający niedźwiedzia - potwór. Szczęśliwie z opresji dziewczynę ratuje tajemniczy młodzieniec, Shun. Jeśliby wierzyć chłopcu na słowo, pochodził on z mitycznej krainy zmarłych - Agarthy. Shun godząc się z konsekwencjami swojej ucieczki do świata ludzi w niedługim czasie umiera. Asuna zagłębiając się w mitologię postanawia wyruszyć do Agarthy i przywrócić przyjaciela do życia. W wędrówce towarzyszy jej nowo przybyły do miasteczka nauczyciel, który również pragnie odzyskać bliską sobie osobę. Historia bajkowa, tytuł doskonale się sprawdza jako pozycja przygodowa. Dodatkowo porusza bardzo ważne kwestie o życiu i umieraniu - daleki jestem od nazwania produkcji ambitną, jednak ma ona fabułę z polotem. Nie muszę wspominać o magicznej grafice anime, tak charakterystycznej dla filmów M. Shinkai'a. Tytuł ten jednak wzbudza we mnie także pewne wątpliwości. Czegoś fabule brakuje. Powiedziałbym, że ten film treścią przypomina bardziej dzieła studia Ghibli - nie natomiast nostalgiczne filmy reżysera 5 Centimeters per Second czy The Place Promised in Our Early Days. Postaci anime - na niektórych kadrach - biją po oczach podobieństwami do tych, widocznych w dziełach od Ghibli. Uważam, że młody Makoto Shinkai trochę się zatracił - w ostatnim jego filmie widoczne są inspiracje m.in. Mononoke Hime. Oczywiście, nie ma nic złego w czerpaniu z bogatego dorobku H. Miyazaki'ego. Mimo wszystko sięgając po pozycję M. Shinkaia, oczekuję jego sztuki - nie natomiast upiększonej wersji, która nie jest w stylu tego reżysera. Mimo kilku ostrych słów na koniec to naprawdę dobry film familijny. Nic tylko oglądać.
Tekken: Blood Vengeance. Na koniec o kolejnym anime stworzonym ''na komputerze'', nie włożywszy w to krzty duszy. Na wstępie dodam, że nie miałem styczności z grami Tekken, dlatego też ten tytuł nigdy nie był skierowany do mojej osoby. Z tego też powodu pominę wątek fabularny, który - podejrzewam - jest ściśle powiązany z wydarzeniami z gry. W pierwszym wrażeniu, grafika anime mile mnie zaskoczyła. Z całą pewnością możemy powiedzieć, że twórcy produkcji położyli szczególny nacisk na obraz (który jest w sumie kartą atutową tego tytułu). Trochę gorzej wypada płynność animacji, która rzuca się w oczy podczas walk - wyglądających w pewnych momentach bardzo sztucznie. Anime potraktowałem z dużym dystansem. Spodziewałem się płytkiego wątku fabularnego (nie myliłem się), liczyłem na rozrywkę. Przyznam, że różnorodność pojedynków potrafiła momentami przykuć moją uwagę. Na tym jednak kończą się plusy filmu. W moich oczach jest to przeciętna pozycja. Być może właśnie narażam się miłośnikom sarii Tekken, ale co mi tam ;-)




0 comments:
Prześlij komentarz