Pora podłączyć się do mainstreamu i napisać kilka słów o zimowych premierach anime. Pomimo sesji, styczniowy plan na blogu uważam za zrealizowany. Oprócz anime poruszyłem kwestię filmu oraz szeroko pojętą publicystykę, która - przy moim zaskoczeniu - cieszy się dużym zainteresowaniem. Dodatkowo moja ''Bogini Statystyka'' rzekła, że w tym miesiącu blog pobił swój rekord wyświetleń (ustanowiony 2009 roku). Tym pozytywnym akcentem kończę monolog o swej jedwabistości i przechodzę do rzeczy.
Poniższe opinie powstały na podstawie co najmniej trzech obejrzanych epizodów i nie muszą odwzorowywać rzeczywistej wagi omawianych tytułów. Jeżeli jesteście zainteresowani moimi przedpremierowymi opiniami o poniższych anime, odsyłam do grudniowego tekstu (część I, cześć II).
Poniższe opinie powstały na podstawie co najmniej trzech obejrzanych epizodów i nie muszą odwzorowywać rzeczywistej wagi omawianych tytułów. Jeżeli jesteście zainteresowani moimi przedpremierowymi opiniami o poniższych anime, odsyłam do grudniowego tekstu (część I, cześć II).
Amagami SS+ wstępna ocena: 6/10
Opis: Drugi sezon Amagami SS. Miłosne perypetie Junichiego przeplatają się z życiem japońskiego ucznia. Każda z szóstki zapoznanych wcześniej bohaterek zostanie przedstawiona w dwóch epizodach, będących kontynuacją rozpoczętych w prequelu historii.
Zniechęcił mnie do siebie poprzedni tytuł, więc nie oczekiwałem po tej części czegoś spektakularnego. W pewien sposób nie czuję jednak zawodu, ponieważ utrzymanie poziomu prequelu jest dla mnie wystarczająco satysfakcjonujące. I mówię to jako osoba stroniąca od tego typu romansów - mianowicie dziecinnych miłostek i czasów parzenia się gówniarzerii, za którymi tak mocno tęsknię. Nie oznacza to, że anime nie jest interesujące. Myślę, że większość odbiorców może zaakceptować ten lekki i niewymagający tytuł. Plusem z pewnością jest fabuła budowana wokół kilku różniących się charakterologicznie bohaterek, z którymi Junichi wchodzi w bliższe kontakty. Pierwsza część została poświęcona nieobliczalnej Tsukasie, natomiast w drugiej twórcy popadli w jej skrajność, czyli niesforną przyjaźń z dzieciństwa Junichiego - Rihoko Sakurai. Przedstawione historie miały w sobie pewien potencjał. Liczę, że zbliżające się epizody z udziałem Ai (dziewczyny z klubu pływackiego) utrzymają ten stan, co pozwoli mi przebrnąć przez pozostałe odcinki ze względnym spokojem, jednocześnie bez zbędnej krytyki.
Zniechęcił mnie do siebie poprzedni tytuł, więc nie oczekiwałem po tej części czegoś spektakularnego. W pewien sposób nie czuję jednak zawodu, ponieważ utrzymanie poziomu prequelu jest dla mnie wystarczająco satysfakcjonujące. I mówię to jako osoba stroniąca od tego typu romansów - mianowicie dziecinnych miłostek i czasów parzenia się gówniarzerii, za którymi tak mocno tęsknię. Nie oznacza to, że anime nie jest interesujące. Myślę, że większość odbiorców może zaakceptować ten lekki i niewymagający tytuł. Plusem z pewnością jest fabuła budowana wokół kilku różniących się charakterologicznie bohaterek, z którymi Junichi wchodzi w bliższe kontakty. Pierwsza część została poświęcona nieobliczalnej Tsukasie, natomiast w drugiej twórcy popadli w jej skrajność, czyli niesforną przyjaźń z dzieciństwa Junichiego - Rihoko Sakurai. Przedstawione historie miały w sobie pewien potencjał. Liczę, że zbliżające się epizody z udziałem Ai (dziewczyny z klubu pływackiego) utrzymają ten stan, co pozwoli mi przebrnąć przez pozostałe odcinki ze względnym spokojem, jednocześnie bez zbędnej krytyki.
Ano Natsu de Matteru wstępna ocena: 6/10
Opis: Kaito wraz z przyjaciółmi postanawia nakręcić film ze zbliżających się wakacji. Do projektu przyłączają się dwie, nowo zapoznane dziewczyny. Jedna z nich dopiero co przybyła do miasta. Kiedy Kaito dowiaduje się, że Ichika nie ma gdzie
zamieszkać, wykorzystuje okazję wyjazdu matki w delegację, aby zaproponować dziewczynie nocleg. Choć Ichika sprawia wrażenie miłej, ukrywa przed świeżymi znajomymi pewien sekret.
Anime rozpocząłem ''na doczepkę'' za sprawą pochlebnej opinii Mirasa (tak, spłoń ze wstydu ;-). W sumie nic wyjątkowego w serialu nie widzę, co zdaje się alienować mnie od reszty środowiska blogerów. Sielankowy klimat produkcji, którego braku nie możemy serii zarzucić, nie udzielił mi się. Być może za sprawą większych oczekiwań po anime, być może z powodu kurwików w oczach, jakie ma student w trakcie sesji - widzący przed sobą ten wakacyjny obraz. Treść anime jest na swój sposób płytka. Mamy sporo fan serwisu i upośledzone zwierzątko, które ma wzbudzić nasz zachwyt lub politowanie. Sam pomysł humanoidalnej kosmitki również się nie chwali - przynajmniej według mojej opinii jest to przejaw negatywnej formy oryginalności. Mimo to wszystkie te wady nie mają takiego oddźwięku w anime, jak jego zalety. Szczególnie należy pochwalić sobie kreacje bohaterów, które nie tylko z wyglądu, ale także osobowości zyskują u mnie uznanie. Same rozwiązanie historii jest nadal zagadką. Po tego typu anime spodziewam się raczej happy endu, chociaż życzyłbym sobie ambitniejszego rozwiązania wakacyjnej przygody (np. gdyby okazało się, że Kaito zginął przy lądowaniu statku, a Ichika jedynie ulecza jego degradujące się komórki - epic drama). Podsumowując, tytuł śledzę z zainteresowaniem.
Anime rozpocząłem ''na doczepkę'' za sprawą pochlebnej opinii Mirasa (tak, spłoń ze wstydu ;-). W sumie nic wyjątkowego w serialu nie widzę, co zdaje się alienować mnie od reszty środowiska blogerów. Sielankowy klimat produkcji, którego braku nie możemy serii zarzucić, nie udzielił mi się. Być może za sprawą większych oczekiwań po anime, być może z powodu kurwików w oczach, jakie ma student w trakcie sesji - widzący przed sobą ten wakacyjny obraz. Treść anime jest na swój sposób płytka. Mamy sporo fan serwisu i upośledzone zwierzątko, które ma wzbudzić nasz zachwyt lub politowanie. Sam pomysł humanoidalnej kosmitki również się nie chwali - przynajmniej według mojej opinii jest to przejaw negatywnej formy oryginalności. Mimo to wszystkie te wady nie mają takiego oddźwięku w anime, jak jego zalety. Szczególnie należy pochwalić sobie kreacje bohaterów, które nie tylko z wyglądu, ale także osobowości zyskują u mnie uznanie. Same rozwiązanie historii jest nadal zagadką. Po tego typu anime spodziewam się raczej happy endu, chociaż życzyłbym sobie ambitniejszego rozwiązania wakacyjnej przygody (np. gdyby okazało się, że Kaito zginął przy lądowaniu statku, a Ichika jedynie ulecza jego degradujące się komórki - epic drama). Podsumowując, tytuł śledzę z zainteresowaniem.
Brave 10 wstępna ocena: 5/10
Opis: Młody ninja zwany Saizo Kirigakure tuła się po kraju do czasu przypadkowego spotkania z Isanami - kapłanką uciekającą przed zabójcami. Niepokorny młodzieniec przystaje na prośbę wybawionej z opresji dziewczyny i zostaje jej ochroniarzem. Ich ścieżki szybko zbiegają się z planami Yukimury Sanady, człowieka poszukującego dziesiątki odważnych wojowników na zbliżającą się bitwę.
O ile wytykane przeze mnie błędy u wyżej podanych anime mogą być uznane za subiektywne, należy przyznać, że Brave 10 w pełni zasłużył sobie na tytuł zimowego gniota (cokolwiek to znaczy). Od początku nie wymagałem wiele od produkcji - życzyłem sobie jedynie dobrej akcji skupionej na licznych walkach. W końcu i moje minimalne założenia się nie ziściły. Zacznijmy od tego, że nie spodziewałem się pojedynków, które w jawny sposób będą kojarzyły się z nieskomplikowanym Naruto i jego paczką. Skakanie po drzewach czy głośnia artykulacja technik (bardzo zbliżonych do tych z historii o ninja z Konohy) budzą we mnie uzasadniony wstręt. Po wstępnym opisie fabuły spodziewałem się nawiązania do historii Japonii - niestety i ta została zgwałcona. Kolejnym minusem serii są bohaterowie. Pomińmy typowy dla shonenów ich wygląd, który ma zarówno przeciwników jak i zwolenników. Główne skrzypce gra Saizo o usposobieniu emo, robiący identyczne dzióbki jak Sasuke Uchiha. Towarzyszy mu niegrzesząca rozumem Isanami, która w naszym świecie wyrosłaby na puszczalską siksę. Brzmi mało poważnie - jak z resztą cała ta produkcja. Według mnie to mierne anime (nawet jak na obecne czasy) choć przyznaję, że dzisiejsze dzieci będą ten tytuł uwielbiały, bez namysłu oceniając go na wysokie noty.
O ile wytykane przeze mnie błędy u wyżej podanych anime mogą być uznane za subiektywne, należy przyznać, że Brave 10 w pełni zasłużył sobie na tytuł zimowego gniota (cokolwiek to znaczy). Od początku nie wymagałem wiele od produkcji - życzyłem sobie jedynie dobrej akcji skupionej na licznych walkach. W końcu i moje minimalne założenia się nie ziściły. Zacznijmy od tego, że nie spodziewałem się pojedynków, które w jawny sposób będą kojarzyły się z nieskomplikowanym Naruto i jego paczką. Skakanie po drzewach czy głośnia artykulacja technik (bardzo zbliżonych do tych z historii o ninja z Konohy) budzą we mnie uzasadniony wstręt. Po wstępnym opisie fabuły spodziewałem się nawiązania do historii Japonii - niestety i ta została zgwałcona. Kolejnym minusem serii są bohaterowie. Pomińmy typowy dla shonenów ich wygląd, który ma zarówno przeciwników jak i zwolenników. Główne skrzypce gra Saizo o usposobieniu emo, robiący identyczne dzióbki jak Sasuke Uchiha. Towarzyszy mu niegrzesząca rozumem Isanami, która w naszym świecie wyrosłaby na puszczalską siksę. Brzmi mało poważnie - jak z resztą cała ta produkcja. Według mnie to mierne anime (nawet jak na obecne czasy) choć przyznaję, że dzisiejsze dzieci będą ten tytuł uwielbiały, bez namysłu oceniając go na wysokie noty.
Natsume Yuujinchou Shi wstępna ocena: 7+/10
Opis: Jest to już czwarty z kolei sezon popularnej sagi. Natsume jest chłopcem, który widzi duchy, odkąd sięga pamięcią. Niechciana zdolność uniemożliwia mu nawiązanie bliższych kontaktów z rówieśnikami. Pewnego dnia, chłopiec otrzymuje w spadku po babci Księgę Przyjaciół - wypełnioną po brzegi kontraktami ze schwytanymi niegdyś duchami. Natsume usiłuje zwolnić z przysięgi istoty zapisane w ów księdze i w miarę możliwości pomaga im w problemach, tym samym narażając się na liczne niebezpieczeństwa.
Rozpisywać się o tym anime to sama przyjemność. Przez kolejne sezony Natsume Yuujinchou wychodził obronną ręką, utrzymując ten sam poziom i na dodatek oferując nowe, równie interesujące historie. Urzekający, lekki klimat serii mógłbym porównać odnosząc się do Usagi Drop (pomimo różnic gatunkowych). Nie oznacza to jednak, że anime nie ma w sobie nic z dynamiki. Zaskoczyły mnie pierwsze odcinki, które wyrwały się trochę z ogólnej koncepcji i dotyczyły dłuższej historii z porwaniem Natsume w tle. Ta anomalia niosła ze sobą wiele obaw jednak zakończenie tej przygody i wychodzące później epizody powróciły do naturalnego dla anime stylu. Piąty odcinek, opisujący wyrywek z przeszłości głównego bohatera, uświadomił mnie ile możliwych tematów nie zostało jeszcze zrealizowanych. Te anime nadal będzie mnie zaskakiwało - tego jestem pewien. Technicznie tytuł ten nie wprowadza istotnych zminan, jednak pełna ambicji historia w pełni rekompensuje wszystkie braki produkcji.
Rozpisywać się o tym anime to sama przyjemność. Przez kolejne sezony Natsume Yuujinchou wychodził obronną ręką, utrzymując ten sam poziom i na dodatek oferując nowe, równie interesujące historie. Urzekający, lekki klimat serii mógłbym porównać odnosząc się do Usagi Drop (pomimo różnic gatunkowych). Nie oznacza to jednak, że anime nie ma w sobie nic z dynamiki. Zaskoczyły mnie pierwsze odcinki, które wyrwały się trochę z ogólnej koncepcji i dotyczyły dłuższej historii z porwaniem Natsume w tle. Ta anomalia niosła ze sobą wiele obaw jednak zakończenie tej przygody i wychodzące później epizody powróciły do naturalnego dla anime stylu. Piąty odcinek, opisujący wyrywek z przeszłości głównego bohatera, uświadomił mnie ile możliwych tematów nie zostało jeszcze zrealizowanych. Te anime nadal będzie mnie zaskakiwało - tego jestem pewien. Technicznie tytuł ten nie wprowadza istotnych zminan, jednak pełna ambicji historia w pełni rekompensuje wszystkie braki produkcji.
Nisemonogatari wstępna ocena: 7+/10
Opis: Kontynuacja Bakemonogatari. Mag Kaiki Deishu, który kiedyś oszukał Hitagi, powraca do miasta i rozpowszechnia zaklęcie, którym przedtem przeklął Nadeko. Siostry Koyomiego, Karen oraz Tsukihi usiłują schwytać Deishu, jednak natrafiają na trudności.
Do sequelu podchodziłem z dużą rezerwą. Prawdę mówiąc, Bakemonogatari nie spodobało mi się fabularnie - nie widziałem jakiejkolwiek ambicji w fabule i domniemanej epickości w dialogach. Z kolei wykonanie techniczne było tym, co robiło na mnie spore wrażenie. Zimowy sezon oceniam na duży plus. Oprócz specyficznego sposobu montażu kadrów i dobrej ścieżki dźwiękowej, bardziej dynamiczna akcja sprawiła, że drugi sezon w pełni mnie kupił. Nawet elementy ecchi nie wyglądają tak strasznie, jeśli są opatrzone niebanalną grafiką. W kontynuacji zyskała również osobowość Araragiego, która straciła na swojej anemiczności. Nie wiem natomiast czego spodziewać się po Keikim, ale jego debiutancki występ zrobił na mnie wrażenie. Na dobrą sprawę fabuła nie rozwinęła w pełni skrzydeł, więc prawdziwa uczta dopiero przed nami.
Rinne no Lagrange wstępna ocena: 6/10
Do sequelu podchodziłem z dużą rezerwą. Prawdę mówiąc, Bakemonogatari nie spodobało mi się fabularnie - nie widziałem jakiejkolwiek ambicji w fabule i domniemanej epickości w dialogach. Z kolei wykonanie techniczne było tym, co robiło na mnie spore wrażenie. Zimowy sezon oceniam na duży plus. Oprócz specyficznego sposobu montażu kadrów i dobrej ścieżki dźwiękowej, bardziej dynamiczna akcja sprawiła, że drugi sezon w pełni mnie kupił. Nawet elementy ecchi nie wyglądają tak strasznie, jeśli są opatrzone niebanalną grafiką. W kontynuacji zyskała również osobowość Araragiego, która straciła na swojej anemiczności. Nie wiem natomiast czego spodziewać się po Keikim, ale jego debiutancki występ zrobił na mnie wrażenie. Na dobrą sprawę fabuła nie rozwinęła w pełni skrzydeł, więc prawdziwa uczta dopiero przed nami.
Rinne no Lagrange wstępna ocena: 6/10
Opis: Madoka jest 17-letnią dziewczyną, która uwielbia pomagać mieszkańcom rodzinnego miasta. Zrządzenie losu chciało, aby zwykła uczennica odegrała znaczącą rolę w wojnie z przybyszami z kosmosu. Pilotując legendarnego robota zwanego Vox walczy przeciwko najeźdźcom.
Sama historia nie wydaje się oryginalna, jednak jak można nie zawiesić oka na anime o mechach - zwłaszcza po obejrzeniu zwiastuna? Od jakiegoś czasu zaczęło się udziwnianie tego gatunku (m.in. w przypadku Guilty Crown), a Rinne no Lagrange zdawało się powrócić do dawnych standardów. Bez większych oczekiwań zerknąłem na tytuł i oceniam go pozytywnie. Mam słabą pamięć jeśli chodzi o muzykę, ale charakterystyczna oprawa graficzna będzie długo krążyła w moich myślach (minimalistyczna, ale schludna w prostocie). Po zwiastunie miałem wątpliwości co do poziomu walk mechów. Spodziewałem się, że komputerowa animacja odbije się na ich realizmie, jednak w praktyce wyszło to całkiem nieźle. Design robotów transformujących się w ''myśliwce'' również zyskuje u mnie plusy. Nie przyczepię się do bohaterek, bo jak można zarzucić nastolatkom, że zachowują się zbyt cukierkowato? Pominę ten dziewczęcy klimat produkcji, który lekko mnie irytuje. Na chwilę obecną tytuł jest znośny, a fabuła nie rozwinęła się na tyle, aby skreślić szanse na miłe zaskoczenie tą produkcją.
Sama historia nie wydaje się oryginalna, jednak jak można nie zawiesić oka na anime o mechach - zwłaszcza po obejrzeniu zwiastuna? Od jakiegoś czasu zaczęło się udziwnianie tego gatunku (m.in. w przypadku Guilty Crown), a Rinne no Lagrange zdawało się powrócić do dawnych standardów. Bez większych oczekiwań zerknąłem na tytuł i oceniam go pozytywnie. Mam słabą pamięć jeśli chodzi o muzykę, ale charakterystyczna oprawa graficzna będzie długo krążyła w moich myślach (minimalistyczna, ale schludna w prostocie). Po zwiastunie miałem wątpliwości co do poziomu walk mechów. Spodziewałem się, że komputerowa animacja odbije się na ich realizmie, jednak w praktyce wyszło to całkiem nieźle. Design robotów transformujących się w ''myśliwce'' również zyskuje u mnie plusy. Nie przyczepię się do bohaterek, bo jak można zarzucić nastolatkom, że zachowują się zbyt cukierkowato? Pominę ten dziewczęcy klimat produkcji, który lekko mnie irytuje. Na chwilę obecną tytuł jest znośny, a fabuła nie rozwinęła się na tyle, aby skreślić szanse na miłe zaskoczenie tą produkcją.
Senki Zesshou Symphogear wstępna ocena: 7/10
Opis: Ludzkość jest zagrożona ze strony tajemniczych istot zwanych ''Noise''. Tsubasa i Kanade tworzą zespół muzyczny ''Zwei Wing''. Przy pomocy wyjątkowych kombinezonów ''Symphogear'', walczą one z napastnikami, aby ocalić Ziemię. Późniejszy wypadek sprawia, że rolę po Kanade wraz z jej unikatowymi zdolnościami odziedzicza Hibiki - niczym niewyróżniająca się dziewczyna.
Pomijając kontynuacje popularnych już anime, jest to moim zdaniem odkrycie tego sezonu. Nie rozumiem za bardzo negatywnych opinii o tym serialu (zwłaszcza tych niepopartych żadnymi argumentami), ponieważ w moim odczuciu w pewien sposób nowatorska fabuła sama w sobie pozostawia w tyle większość zimowych premier. Musicalowa forma anime w połączeniu z efektownymi walkami uzbrojonych bohaterek robi wrażenie. Chociaż nie gustuję w użytej na potrzeby produkcji muzyce, w pewien sposób nie widzę możliwości zastąpienia jej innym gatunkiem. Warto w tym miejscu pochwalić tytuł za perełkę, jaką jest ending ''Meteor Light''. Produkcja ma też kilka uchybień. Główne z nich dotyczą animacji, która traci na realizmie. Mam na myśli nienaturalnie wyglądającą krew, a także inne błahostki jak np. nierównomierne ruchy warg bohaterek w trakcie śpiewania czy wygląd poruszających się włosów na wietrze. Mimo wszystko dostrzegam w tych potknięciach pewien urok, dlatego nie rozwodzę się długo nad wymienionymi wadami. Miłym zaskoczeniem jest dla mnie znikoma ilość fan serwisu - tego po zwiastunie spodziewałem się multum przy każdej nadarzającej się okazji. Anime chwalę sobie również za design głównych postaci, także za karykaturalny - według niektórych - wygląd Noise. Gorzej natomiast wypadają postaci drugoplanowe, a w szczególności Genjurou. Podsumowując, dobry tytuł akcji. Pozytywnie zaskoczyła mnie ta premiera.
Pomijając kontynuacje popularnych już anime, jest to moim zdaniem odkrycie tego sezonu. Nie rozumiem za bardzo negatywnych opinii o tym serialu (zwłaszcza tych niepopartych żadnymi argumentami), ponieważ w moim odczuciu w pewien sposób nowatorska fabuła sama w sobie pozostawia w tyle większość zimowych premier. Musicalowa forma anime w połączeniu z efektownymi walkami uzbrojonych bohaterek robi wrażenie. Chociaż nie gustuję w użytej na potrzeby produkcji muzyce, w pewien sposób nie widzę możliwości zastąpienia jej innym gatunkiem. Warto w tym miejscu pochwalić tytuł za perełkę, jaką jest ending ''Meteor Light''. Produkcja ma też kilka uchybień. Główne z nich dotyczą animacji, która traci na realizmie. Mam na myśli nienaturalnie wyglądającą krew, a także inne błahostki jak np. nierównomierne ruchy warg bohaterek w trakcie śpiewania czy wygląd poruszających się włosów na wietrze. Mimo wszystko dostrzegam w tych potknięciach pewien urok, dlatego nie rozwodzę się długo nad wymienionymi wadami. Miłym zaskoczeniem jest dla mnie znikoma ilość fan serwisu - tego po zwiastunie spodziewałem się multum przy każdej nadarzającej się okazji. Anime chwalę sobie również za design głównych postaci, także za karykaturalny - według niektórych - wygląd Noise. Gorzej natomiast wypadają postaci drugoplanowe, a w szczególności Genjurou. Podsumowując, dobry tytuł akcji. Pozytywnie zaskoczyła mnie ta premiera.







4 comments:
Mam podobne zdanie. Chociaż 2 anime z tej siódemki odtrąciły mnie totalnie. Raz z racji tego ,że nie widziałem poprzednich sezonów. Dziwi mnie ,że na pierwszych wrażeniach brak Another ,które przyznam ,że mi się spodobało. Oceny jak najbardziej sprawiedliwe. Choć wraz z kolejnymi odcinkami może serię coś zyskają bądź stracą.
Another odstraszyło mnie już na etapie zapowiedzi i pierwszego zwiastuna. Anime wydaje się jedynie udawać horror. Nie wiem czy jest sens je oglądać, skoro to typowa pożywka dla mas ;-)
Degradujące się komórki...zgrozo. Ty tych Japończyków chcesz chyba psychicznie wykończyć, tym bardziej że większość z nich się jeszcze po Madoce nie pozbierała.
"Another" zaczyna się robić ciekawe. Są truuupy!
Wystawiłeś "7" Senki Zesshou Symphogear? Jestem w szoku! Moja świadomość "utknęła" gdzieś na etapie piosenek (skądinąd beznadziejnych), a co za tym idzie fabuła zupełnie umknęła mojej uwadze.
Ano Natsu de Matteru też wystawiłabym "6", ale żywię głębokie przekonanie, że w moim przypadku to anime więcej już nie dostanie, za to może dostać jeszcze mniej. To anime ma jeden duży plus,który zwie się Remon i zapewne gdyby była realną osobą byłaby moją siostrą bliźniaczką. To chyba pierwsza bohaterka anime z którą poczułam taka silną więź i z którą zaczęłam się identyfikować.
Brave 10 nie jest może świetnym tytułem, ale ogląda się go w miarę dobrze, chociaż nie rozumiem dlaczego w anime o ninjach czy samurajach zawsze musi pojawiać się jakaś idiotka psująca klimat. Niemniej nie wydaje mi się, żeby to anime było gorsze od Senki Zesshou Symphogear.
Natsume Yuujinchou Shi jak dla mnie na chwilę obecną zasługuje nawet na "8". Kiedy po obejrzeniu kolejnych gniotów sezonu zasiadam do Natsume ogarnia mnie stan błogiego spokoju, który sprawia, że ten obraz całkowicie mnie pochłania. Jak zwykle trzyma poziom i jest miłą odskocznią od "wartkich", ale nierzadko pozbawionych większego sensu anime.
Nisemonogatari należy pochwalić za wykonanie techniczne, ale mnie znów jakoś nie porywa. Ogląda się dobrze, ale tak do końca nie jestem przekonana czy oprócz monologów i dialogów, które maja dodawać anime niemalże filozoficznej otoczki jest w tym coś więcej. Powiedziałabym nawet, że jak dla mnie, anime to w zasadniczych punktach nie różni się od poprzedniczki.
Rinne no Lagrange jak do tej pory mnie do siebie nie przekonało. Prawie na każdym odcinku się nudzę. Tylko siostra głównej bohaterki osładza mi oglądanie tego czegoś.
Another nie jest najgorsze, ale mnie już ta "mroczna muzyka" zaczyna śmieszyć. Nic się nie dzieje, a muzyka jakby kogoś mordowali (chociaż niby 2 trupy już są). Scena z nabiciem na parasolkę była cudowna, płakałam ze śmiechu. No i ta jej ręka dygotająca pod wpływem nerwów. Nie wspominając już o szklanym oku Misaki. To trzeba zobaczyć, chociażby dla poprawy humoru!
Prześlij komentarz