Ostatnim razem, gdy pisałem o filmach, były to dosyć luźne recenzje. Tym razem będzie lepiej z dwóch powodów - zaliczonej sesji, a także lepszych (według mnie) tytułów. Podobnie do ostatniego wpisu, dwa filmy łączy obecność tego samego aktora. Zawsze byłem uprzedzony do Leonarda DiCaprio, jednak zmieniłem zdanie po obejrzeniu ''Wyspy Tajemnic''. Feralnie tytuł zaginął w cieniu mającej premierę w tym samym roku ''Incepcji''.
Shutter Island (2010)
(pol. ''Wyspa Tajemnic'')
Szeryf federalny Teddy Daniels przybywa wraz z partnerem do szpitala psychiatrycznego, aby rozwikłać kolejną sprawę. Z odizolowanego od świata ośrodka zbiegła jedna z pacjentek, pozostawiając za sobą wskazówki dla przybyłych na miejsce agentów. Kiedy podczas sztormu łączność na wyspie zostaje odcięta, T. Daniels - pomimo opinii partnera - decyduje się dokończyć śledztwo w sprawie tajemniczego zniknięcia. Podążając tropem uciekinierki poznaje szokującą prawdę o ośrodku, dyrektorze go prowadzącym, a także skrywane głęboko w podświadomości fakty z własnej przeszłości.
Szczerze mówiąc podchodziłem do filmu z dużą rezerwą, ale przymus ten skończył się już na samym początku. Mogłoby się wydawać, że w kwestii amerykańskich służb specjalnych czy dochodzeń samowolnych detektywów powiedziano już zbyt wiele, aby kolejne produkcje mogły przykuć czyjąś uwagę. ''Wyspa Tajemnic'' zaczyna się dosyć zwyczajnie choć przyznam, że wizualnie film od razu przypadł mi do gustu. Jak już kiedyś wspomniałem, minimalizm i powściągliwość w szastaniu budżetem to cnoty - zwłaszcza w dobie komercyjnego kina (z całym szacunkiem dla R. Emmericha). Za zdjęcia odpowiedzialny jest R. Richardson (Kill Bill, Inglourious Basterds). Nie jest mi on bliżej znany, ale chwalę sobie jego pracę przy tej produkcji. Ciężko byłoby równie dobrze oddać klimat filmu, chociaż nie miałbym nic przeciwko, gdyby zdjęciami zajmował się Tom Stern (człowiek robi na mnie ogromne wrażenie, jeśli chodzi o współpracę z C. Eastwoodem). Warto również napisać kilka słów o muzyce. Dominujące w filmie smyczkowe utwory skutecznie wzbudzają u widza dreszcz emocji.
Shutter Island jest adaptacją powieści Dennisa Lehane pt. ''Wyspa Skazańców'', której nie miałem jednak przyjemności przeczytać. Bliżej mi do literatury filozoficznej, ale widząc złożoność przedstawionej w filmie fabuły motywuje mnie to do zapoznania się z pozycją (może nawet polubię książki ;-). Z pozoru rutynowa inspekcja federalnych przeradza się w osobistą sprawę dzięki sennym koszmarom T. Dannielsa, w których nawiedza go zmarła żona. Surrealistyczne spotkania dwójki kochanków przybliżają pełnego wewnętrznych sprzeczności szeryfa do rozwiązania zagadki zbiegłej Rachel Solando. Zagłębiając się w najmroczniejsze zakamarki własnego umysłu oraz ośrodka dla obłąkanych, młody agent dostrzega znacznie bliższą więź z wyspą, niż mogłoby się to wydawać. Wraz z zatraceniem sensu śledztwa, Danniels rozpoczyna samotną wędrówkę na pograniczu snu i jawy.
Inception (2010)
Pan Saito (Ken Watanabe) jest jednym z bardziej wpływowych biznesmenów w swojej branży. Jego pozycji zagraża jedynie konkurent, którego żywot właśnie dobiega końca. W obawie przed odziedziczeniem majątku biznesowego przeciwnika przez jego syna i kontynuacją przez niego polityki ojca, Saito postanawia raz na zawsze pozbyć się konkurentów. Do tego zadania wynajmuje człowieka o nazwisku Cobb (Leonardo DiCaprio) oraz podległych mu wspólników. Specyficzna grupa przestępców zajmuje się ''ekstrakcją'', czyli wchodzeniem podczas snu wgłąb ludzkiej podświadomości i uzyskiwaniem tym samym cennych informacji. Tym razem jednak ich misja będzie się różniła. Pan Saito zleca wtargnięcie do umysłu przyszłego spadkobiercy i wszczepienie mu idei mogącej unieszkodliwić największego rywala.
Nie bezpodstawnie film został tak przychylnie odebrany w świecie kina. Historia dosyć innowacyjna, na dodatek osadzona w realiach science fiction. Mimo wszystko irytuje mnie fakt, że wystarczy dodać do filmu trochę efekciarstwa, aby zostawić w tyle inne, ambitniejsze produkcje (mam na myśli Shutter Island). Nie znaczy to jednak, że film nie jest wart uwagi. Sam opis fabuły powinien być wystarczającym argumentem do zapoznania się z nietuzinkową produkcją. Akcja niemalże w ''matrixowych'' warunkach nie pozwala nawet na moment odetchnąć, zaskakując coraz to bardziej nieprzewidywalnymi sytuacjami do momentu, aż widz zupełnie zatraci granicę pomiędzy zmaganiami bohaterów w ludzkim umyśle, a realnym świecie. Ten stan trwa prawie przez całą długość filmu, łącznie ze sceną z udziałem D. Cobba, która pozostawia nie jednoznaczne i łatwe do nadinterpretacji zakończenie.
Zalety nie ograniczają się jedynie do głównego wątku ''Incepcji''. Niebanalne postaci dodają uroku, a niekiedy także humoru do ostatecznego kształtu produkcji. Głównym winowajcą zabawnych scen był wspólnik Cobba - Arthur (Joseph Gordon-Levitt), który skutecznie rozluźniał napięcie w filmie. Mówiąc o rolach bohaterów, nie należy zapominać o ich odtwórcach. Wcielający się w postać pana Saito, Ken Watanabe budzi moją sympatię od pierwszej chwili, kw której go zobaczyłem. Był to film pt. ''Ostatni Samuraj''. Opinię o grze aktorskiej jegomościa utrwaliłem oglądając słynne ''Listy z Iwo Jimy'' w reżyserii Clinta Eastwooda. Pomijając opracowanie techniczne, obsada jest zdecydowanie jedną z mocniejszych stron Incepcji.
Kończąc wypowiedź, pomimo moich osobistych wymagań odnośnie kina (które przekonują mnie bardziej w stronę Shutter Island) uważam, że oba filmy reprezentują równie wysoki poziom i w pełni realizują się w swoich gatunkach. Każdy z tytułów porusza tematykę ludzkiej psychiki, jednak na swój własny sposób. Z tego też powodu myślę, że przeciętnemu odbiorcy spodoba się chociaż jeden z polecanych dziś filmów. Zachęcam do oglądania.

